05.01.2024, 05:11 ✶
Patrzył, bo było na co patrzeć. Bo Laurent był osobą, na którą chciało się patrzeć. A tym bardziej przyciągało to Leviathana im bardziej miał wrażenie jak wiele ich dzieli mimo łączących ich więzi. Wydawał się delikatny i może gdyby był poetą, to ubrałby to w jakieś ładne słowa, które natychmiast pojawiłyby mu się w głowie, gotowe opisać piękno co właśnie widział. Ale nie był. Tomiki poezji też nie piętrzyły mu się w sypialni przy łóżku, na biurku czy na półkach biblioteki. Miał wrażenie, że mogłoby się to Prewettowi nawet spodobać. Gdyby niby natchniony szeptałby mu do ucha słodkie słowa, układające w jakieś wyszukane frazesy. W swoim gruboskórnym, pokrytym łuskami zanadrzu, posiadał niestety tylko parę takich zdań. Zwyczajnie wyuczonych, albo nawet ukradzionych od kogoś, kto kiedy je przy nim powiedział. Może nawet okradał i znajdującego się przed nim Laurenta.
Ciężko było powiedzieć, czy Levi faktycznie cenił tę ich bliskość nieco ponad należytą jej powierzchowność. Dla niego wszystko co międzyludzkie miało właśnie taki wydźwięk; było płytkie i rozpływało się niemal natychmiastowo pod wpływem światła następnego dnia. Było niczym słodki sen, który jednak po pewnym czasie zapominało się. Pozostawały uczucia, ale i też bladły.
- Obawiam się, że mnie przeceniasz. Romantyzm u mnie to surowiec niemal całkiem wyczerpany, ale kto wie, może taki tomik poezji nieco by go uzupełnił.
Nigdy nie żałował specjalnie tego, że w niektórych aspektach życia brakowało mu ogłady, bo przecież posiadał inne walory. Nie był poetą, ale posiadał ręce, które przyzwyczajone były do ciężkiej pracy. Potrafił porosnąć piórkami i wzbić się w powietrze, tam gdzie czuł się najlepiej i gdzie powinno być jego miejsce. Nie był przy tym skowronkiem, a drapieżnikiem, który tłukąc się w klatce powyginałby pręty, tęskniąc za wolnością, aż w końcu nie zniekształciłby jej na tyle, by się przez jej szpary przecisnąć.
- Podobno dobre towarzystwo po długiej rozłące tak działa. Ale z łatwością mógłbym powiedzieć to samo - zaśmiał się do Laurenta, mrużąc przy tym z zadowoleniem oczy.
Niektórzy uczeni wywagowali, że cechy charakterystyczne dla smoków przypisywane są stworzeniom, które na swoją ofiarę czychają i podobne ku temu tendencje może nie zauważano u większości populacji, ale zdarzało się że niektóre z ich przedstawicieli polowały w ten sposób, potem dopiero unosząc swoje ofiary do leży, gdzie je spożywały. Levi czekał, cierpliwie aż Laurent odsunie od siebie wystarczająco to, co go męczyło. To, co przygnało go w ogóle do Snowdonii i co szarpało nerwy za postronki. Czekał, żeby mógł go wreszcie porwać w swoje ramiona i sprawić, że zapomni. Na tyle, na ile tylko chciał i żeby po powrocie do rzeczywistości, tej swojej małej, znajdującej się w New Forest, mógł na nowo cierpieć, albo zachłysnąć się niepokojem. Ale najpierw ich pocałunek dobiegł końca, a Smok cofnął się od Selkie z pewnym ociąganiem, jakby chciał łapczywie przedłużyć ten moment. Przez moment jeszcze spoglądał w oczy Laurenta, aż wreszcie wyprostował się, w międzyczasie splatając z nim palce i pociągając za sobą.
- Piękne kłamstwa. Ale prysznic to coś, co i tak mi się przyda. Chodź, słyszałem że bardzo chciałeś umyć mi plecy.
Ciężko było powiedzieć, czy Levi faktycznie cenił tę ich bliskość nieco ponad należytą jej powierzchowność. Dla niego wszystko co międzyludzkie miało właśnie taki wydźwięk; było płytkie i rozpływało się niemal natychmiastowo pod wpływem światła następnego dnia. Było niczym słodki sen, który jednak po pewnym czasie zapominało się. Pozostawały uczucia, ale i też bladły.
- Obawiam się, że mnie przeceniasz. Romantyzm u mnie to surowiec niemal całkiem wyczerpany, ale kto wie, może taki tomik poezji nieco by go uzupełnił.
Nigdy nie żałował specjalnie tego, że w niektórych aspektach życia brakowało mu ogłady, bo przecież posiadał inne walory. Nie był poetą, ale posiadał ręce, które przyzwyczajone były do ciężkiej pracy. Potrafił porosnąć piórkami i wzbić się w powietrze, tam gdzie czuł się najlepiej i gdzie powinno być jego miejsce. Nie był przy tym skowronkiem, a drapieżnikiem, który tłukąc się w klatce powyginałby pręty, tęskniąc za wolnością, aż w końcu nie zniekształciłby jej na tyle, by się przez jej szpary przecisnąć.
- Podobno dobre towarzystwo po długiej rozłące tak działa. Ale z łatwością mógłbym powiedzieć to samo - zaśmiał się do Laurenta, mrużąc przy tym z zadowoleniem oczy.
Niektórzy uczeni wywagowali, że cechy charakterystyczne dla smoków przypisywane są stworzeniom, które na swoją ofiarę czychają i podobne ku temu tendencje może nie zauważano u większości populacji, ale zdarzało się że niektóre z ich przedstawicieli polowały w ten sposób, potem dopiero unosząc swoje ofiary do leży, gdzie je spożywały. Levi czekał, cierpliwie aż Laurent odsunie od siebie wystarczająco to, co go męczyło. To, co przygnało go w ogóle do Snowdonii i co szarpało nerwy za postronki. Czekał, żeby mógł go wreszcie porwać w swoje ramiona i sprawić, że zapomni. Na tyle, na ile tylko chciał i żeby po powrocie do rzeczywistości, tej swojej małej, znajdującej się w New Forest, mógł na nowo cierpieć, albo zachłysnąć się niepokojem. Ale najpierw ich pocałunek dobiegł końca, a Smok cofnął się od Selkie z pewnym ociąganiem, jakby chciał łapczywie przedłużyć ten moment. Przez moment jeszcze spoglądał w oczy Laurenta, aż wreszcie wyprostował się, w międzyczasie splatając z nim palce i pociągając za sobą.
- Piękne kłamstwa. Ale prysznic to coś, co i tak mi się przyda. Chodź, słyszałem że bardzo chciałeś umyć mi plecy.