Uniósł się z miejsca, wcześniej jeszcze dotykając otwartą ręką ziemi, jakby w podziękowaniu za jej moc. Przesunął się tak, aby zejść z trajektorii biegu. Meduza, legendarna istota z głową pełną żmij, niosła przekleństwo w spojrzeniu, zamieniając na skałę każdego, kto odważył się spojrzeć. Jej los splatał się z klątwą, osaczając nieśmiertelność w okowach samotności. Z każdym uderzeniem fali, historia jej zguby przetrwała, ostrzegając o mocy, która ożywiała lęki i strach. Klątwa Meduzy ucieleśnia mroczną ironię: była symbolem piękna, a jednak jej spojrzenie skazywało na wieczną martwotę, przypominając o mocy, jaką klątwy skrywają, zawsze gotowe trafić nieostrożnych. Dlatego Morpheus wolał o niej myśleć jako o Dafne.
— Spróbuję, ale nie spodziewam się za wiele. Nie jestem wybitnym czarodziejem. — Pierwszy raz podczas ich rozmowy pojawiła się w polu widzenia jego różdżka. Wybrał ten sam czar, chociaż nieco niepewnie, bo chociaż był doskonałym teoretykiem, to praktykiem raczej średnim.
Rzut na rozproszenie
Sukces!
Dziewczyna, odczarowana, zerwała się i w nieświadomości krzyczała desperacko, gnąc ku przyszłości, pędząc naprzód, by wkrótce zastygnąć znowu w bezruchu kamienia. Jego rozproszenie okazało się daremne wobec jej nieszczęścia, niemożliwego do złagodzenia lub zmiany. Niemoc w złagodzeniu sądu, jaki wydał na nią los, była przytłaczająca.
— Obawiam się, że na razie to wszystko, co możemy zrobić dla naszej Dafne.
Posłał Florence promienny uśmiech wraz z podziękowaniem za pomoc, wyciągnął w jej stronę przedramię, aby użyczyć jej drogi do celu, aportując ich tam, gdzie akurat potrzebowała znaleźć się kobieta. Nawet jako najbardziej tajemniczy z Longbottomów, owiał go ten sam przyjazny blask, który płynął w ich żyłach, niczym tajemnica dziedziczona. Mogąc eksplorować zaciemnione zakamarki Departamentu Tajemnic, a nocami zgłębiać mroczne tajniki czarnej magii, pozostawałby niezmiennie tym samy Morpheusem, który uśmiecha się czarująco, nawet jeśli nigdy nie wyróżnia nadmiernie z tłumu. Tylko wtedy, kiedy tego chce.