03.01.2024, 14:20 ✶
– Sądziłam, że raczej o samotności – przyznała Florence, uśmiechając się lekko. Sama założyła rękawiczki, wydobyte z kieszeni, ot na wszelki wypadek, chociaż i tak używała głównie różdżki. – Jeśli myśli i czuje, faktycznie, trudno mi wyobrazić sobie gorszy los. Zdaje się, że nie cała jest kamieniem: jej krew wciąż krąży. Jeżeli by ją zranić, popłynęłaby.
Ale Bulstrode nie wyciągnęła niczego ostrego, by to sprawdzić. Nie było potrzeby dokładać tej dziewczynie więcej cierpienia. Zwłaszcza że z każdą chwilą, z każdym rzuconym zaklęciem, upewniała się w tym, że nie zdoła zdjąć tej klątwy: i sama myśl o tym była na swój sposób frustrująca, bo Florence bardzo nie lubiła sytuacji, w których nie była w stanie czegoś zrobić.
Pokręciła głową na propozycję papierosa. Rzeczywiście, nie paliła. Nie ciągnęło jej do tego nigdy, a w dodatku jako uzdrowicielka raczej unikała tego typu używek.
– Podobnym, tak. Identycznym nie. Słyszałam o przekleństwie, zwanym Klątwą Meduzy, zamieniającą człowieka w kamień, ale ona z czasem zabija, a jeżeli naprawdę to dziecko ożywa pod wpływem magii, to nie może być ten przypadek. Jest i klątwa, która zaszczepia w człowieku swój zalążek, i sprawia, że ciało kamienie, powoli, lecz systematycznie, ale gdyby ta dziewczyna padła jej ofiarą, nie stałaby tutaj w lesie, sama. Zanim skamieniałaby cała, nie byłaby w stanie zrobić kroku, poza tym z tym przekleństwem klątwołamacze mogą walczyć.
Ciężko było ocenić wiek tej „rzeźby” na podstawie stanu czy stroju. Bo sądząc po tym pierwszym, mogłaby wyjść spod ręki artysty dopiero wczoraj, kamień nie nosił śladów pęknięć, korozji, nie zmienił barw i nigdzie nie sięgnęły go rośliny. Ubranie było nieco staroświeckie, ale równie dobrze ta „Daphne” mogła dwadzieścia lat temu nosić niemodną już szatę, jak tkwić tutaj od lat siedemdziesięciu.
Florence przyglądała się jej przez chwilę, spod przymrużonych powiek. Nie mogła zobaczyć przyszłości tej panny. Nie była pewna, czy to jej własny niedostatek umiejętności, czy może to, że będąc kamieniem, ta nie żywiła żadnych planów – czy też chodziło o to, że nic już jej nie czekało, poza wiecznym staniem w tym podlondyńskim lesie?
– Daphne. Piękne imię, choć obawiam się, że nie zwróciła się sama do żadnych bogów o taką ochronę. Tylko ktoś o duszy splamionej czarną magią do szczętu, mógłby rzucić tak potężny czar – stwierdziła w zamyśleniu, po czym odsunęła się nieco, chcąc zapewnić Morpheusowi spokój w jego pracy, cokolwiek planował zrobić. Tak, chciała spróbować jeszcze rozproszenia, przekonać się, co wtedy się stanie, zebrać informacje, ale ta dziewczyna stała tu od dawna i długo pewnie jeszcze stać będzie. Nie było powodów do pośpiechu.
Ale Bulstrode nie wyciągnęła niczego ostrego, by to sprawdzić. Nie było potrzeby dokładać tej dziewczynie więcej cierpienia. Zwłaszcza że z każdą chwilą, z każdym rzuconym zaklęciem, upewniała się w tym, że nie zdoła zdjąć tej klątwy: i sama myśl o tym była na swój sposób frustrująca, bo Florence bardzo nie lubiła sytuacji, w których nie była w stanie czegoś zrobić.
Pokręciła głową na propozycję papierosa. Rzeczywiście, nie paliła. Nie ciągnęło jej do tego nigdy, a w dodatku jako uzdrowicielka raczej unikała tego typu używek.
– Podobnym, tak. Identycznym nie. Słyszałam o przekleństwie, zwanym Klątwą Meduzy, zamieniającą człowieka w kamień, ale ona z czasem zabija, a jeżeli naprawdę to dziecko ożywa pod wpływem magii, to nie może być ten przypadek. Jest i klątwa, która zaszczepia w człowieku swój zalążek, i sprawia, że ciało kamienie, powoli, lecz systematycznie, ale gdyby ta dziewczyna padła jej ofiarą, nie stałaby tutaj w lesie, sama. Zanim skamieniałaby cała, nie byłaby w stanie zrobić kroku, poza tym z tym przekleństwem klątwołamacze mogą walczyć.
Ciężko było ocenić wiek tej „rzeźby” na podstawie stanu czy stroju. Bo sądząc po tym pierwszym, mogłaby wyjść spod ręki artysty dopiero wczoraj, kamień nie nosił śladów pęknięć, korozji, nie zmienił barw i nigdzie nie sięgnęły go rośliny. Ubranie było nieco staroświeckie, ale równie dobrze ta „Daphne” mogła dwadzieścia lat temu nosić niemodną już szatę, jak tkwić tutaj od lat siedemdziesięciu.
Florence przyglądała się jej przez chwilę, spod przymrużonych powiek. Nie mogła zobaczyć przyszłości tej panny. Nie była pewna, czy to jej własny niedostatek umiejętności, czy może to, że będąc kamieniem, ta nie żywiła żadnych planów – czy też chodziło o to, że nic już jej nie czekało, poza wiecznym staniem w tym podlondyńskim lesie?
– Daphne. Piękne imię, choć obawiam się, że nie zwróciła się sama do żadnych bogów o taką ochronę. Tylko ktoś o duszy splamionej czarną magią do szczętu, mógłby rzucić tak potężny czar – stwierdziła w zamyśleniu, po czym odsunęła się nieco, chcąc zapewnić Morpheusowi spokój w jego pracy, cokolwiek planował zrobić. Tak, chciała spróbować jeszcze rozproszenia, przekonać się, co wtedy się stanie, zebrać informacje, ale ta dziewczyna stała tu od dawna i długo pewnie jeszcze stać będzie. Nie było powodów do pośpiechu.