02.01.2024, 02:52 ✶
Chciał go. Naprawdę go chciał. I najwyraźniej oboje bali się tego, że to drugie się z tej codzienności wyłamie, ich szczęście zniknie, przestaną sobie wystarczać, ale... Ta myśl wydała się Flynnowi obca i nierzeczywista. No bo to przecież Alexander dawał mu wszystko. Kim był bez niego? Tułałby się trochę po Anglii, a później uciekł do Stanów, ale czy znalazłby tam swoje miejsce?
- Ja... Ja tego potrzebowałem. Nie potrafię się wysłowić, Al. Mówię tak dużo słów, rozmawiamy codziennie, a potem... Nie mówię n-nic ważnego, kiedy to naprawdę ma znaczenie. - To nie były już słowa wypowiedziane pod wpływem eliksiru. Mówił znów po swojemu, swoim koślawym rytmem, przez moment nie potrafiąc spojrzeć mu w twarz, więc dziękował w duchu, że Alexander zamknął oczy. - Ona tu przyjdzie. Prędzej czy później. Wie, że stąd jestem, bo stąd mnie zabrała. Spotykałem się z nią po kryjomu jeszcze długo zanim was zostawiłem. - Poczuł gorzki smak w ustach, bo Prewett dobitnie przypomniał mu jak młodzi wtedy byli, a ona... cóż... - I zobaczysz mnie wtedy takiego, jakim nie widziałeś mnie nigdy, ale... Pamiętaj po prostu, p-proszę, że wszystko, co zrobię... - Każde słowo wypowiadał coraz ciszej, aż wreszcie przestał. Bo ten strumień myśli i emocji znowu wrócił, był tak silny, że skupił się na nim zamiast na przekazywaniu go dalej. A im dłużej myślał, tym bardziej katastroficznymi stawały się te wizje. - Zrobię, bo chcę, żebyście byli bezpieczni. Nie powinienem nigdy tego na was ściągać. Nie powinienem tutaj wracać, bo cały czas wiedziałem, z czym to się wiąże... - To tylko urywek tego, co chciał z siebie wydusić naprawdę - istniała w nim bardzo dużo strachu dotyczącego tego, że jego powrót okaże się początkiem końca Fantasmagorii. Co jeżeli ceną za tę miłość była utrata wszystkiego, co Alexander kochał poza nim? Co jeżeli na końcu nadal żyli, ale nie było już reszty, nie było tych wozów, tych uśmiechów, tych o których Alexander tak bardzo chciał dbać? To już nie było życie, którego chciał. W oczach Flynna, żeby jego partner był szczęśliwy, liczyła się tylko rzeczywistość, w jakiej wszystkie potrzebne elementy zostały zachowane - Bellowie musieli być jak trybiki dobrze działającej maszyny, dopiero ta maszyna mogła nadać ich istnieniu sens, a on... On ściągał na nich kłopoty. Prawdziwe kłopoty. I czasami zastanawiał się, czy na pewno był warty tego ryzyka? Czy jego szczęście liczyło się bardziej niż to ciążące nad nim widmo błędnych wyborów?
Nie, wcale nie. Z jakiej strony na to nie spojrzał, nie był tego warty. Leżenie tuż obok było potrzebą czysto samolubną.
Odwzajemnił ten słodki pocałunek. Ocierał się o niego udem, gładził go ręką po włosach i tak dobrze rozumiał, że prędzej czy później to spierdoli. Ale kiedy ktoś był tak blisko, że mógł poczuć na swojej twarzy jego oddech, przeszłość i przyszłość rozmywały się pod naporem bodźców z teraźniejszości. Został obdarowany niewinnym uśmiechem, ale nic co robił nie było niewinne - przerzucił swojego brata na plecy i przycisnął go do materaca ciężarem swojego ciała. Zanurzył twarz w jego szyi, na której złożył szereg pocałunków, leniwie podnosząc się do góry na taką wysokość, żeby go nie zgniatać, ale nie po to, żeby znaleźć się za daleko.
- Ja... Ja tego potrzebowałem. Nie potrafię się wysłowić, Al. Mówię tak dużo słów, rozmawiamy codziennie, a potem... Nie mówię n-nic ważnego, kiedy to naprawdę ma znaczenie. - To nie były już słowa wypowiedziane pod wpływem eliksiru. Mówił znów po swojemu, swoim koślawym rytmem, przez moment nie potrafiąc spojrzeć mu w twarz, więc dziękował w duchu, że Alexander zamknął oczy. - Ona tu przyjdzie. Prędzej czy później. Wie, że stąd jestem, bo stąd mnie zabrała. Spotykałem się z nią po kryjomu jeszcze długo zanim was zostawiłem. - Poczuł gorzki smak w ustach, bo Prewett dobitnie przypomniał mu jak młodzi wtedy byli, a ona... cóż... - I zobaczysz mnie wtedy takiego, jakim nie widziałeś mnie nigdy, ale... Pamiętaj po prostu, p-proszę, że wszystko, co zrobię... - Każde słowo wypowiadał coraz ciszej, aż wreszcie przestał. Bo ten strumień myśli i emocji znowu wrócił, był tak silny, że skupił się na nim zamiast na przekazywaniu go dalej. A im dłużej myślał, tym bardziej katastroficznymi stawały się te wizje. - Zrobię, bo chcę, żebyście byli bezpieczni. Nie powinienem nigdy tego na was ściągać. Nie powinienem tutaj wracać, bo cały czas wiedziałem, z czym to się wiąże... - To tylko urywek tego, co chciał z siebie wydusić naprawdę - istniała w nim bardzo dużo strachu dotyczącego tego, że jego powrót okaże się początkiem końca Fantasmagorii. Co jeżeli ceną za tę miłość była utrata wszystkiego, co Alexander kochał poza nim? Co jeżeli na końcu nadal żyli, ale nie było już reszty, nie było tych wozów, tych uśmiechów, tych o których Alexander tak bardzo chciał dbać? To już nie było życie, którego chciał. W oczach Flynna, żeby jego partner był szczęśliwy, liczyła się tylko rzeczywistość, w jakiej wszystkie potrzebne elementy zostały zachowane - Bellowie musieli być jak trybiki dobrze działającej maszyny, dopiero ta maszyna mogła nadać ich istnieniu sens, a on... On ściągał na nich kłopoty. Prawdziwe kłopoty. I czasami zastanawiał się, czy na pewno był warty tego ryzyka? Czy jego szczęście liczyło się bardziej niż to ciążące nad nim widmo błędnych wyborów?
Nie, wcale nie. Z jakiej strony na to nie spojrzał, nie był tego warty. Leżenie tuż obok było potrzebą czysto samolubną.
Odwzajemnił ten słodki pocałunek. Ocierał się o niego udem, gładził go ręką po włosach i tak dobrze rozumiał, że prędzej czy później to spierdoli. Ale kiedy ktoś był tak blisko, że mógł poczuć na swojej twarzy jego oddech, przeszłość i przyszłość rozmywały się pod naporem bodźców z teraźniejszości. Został obdarowany niewinnym uśmiechem, ale nic co robił nie było niewinne - przerzucił swojego brata na plecy i przycisnął go do materaca ciężarem swojego ciała. Zanurzył twarz w jego szyi, na której złożył szereg pocałunków, leniwie podnosząc się do góry na taką wysokość, żeby go nie zgniatać, ale nie po to, żeby znaleźć się za daleko.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.