Właśnie dlatego wybrał Severine na powierniczkę swoich skrytych problemów rodzinnych. Bo tylko ona tak naprawdę była w stanie zrozumieć jak obciążające dla serca i sumienia było troszczenie się o Lorettę. Nie dało się po tym wyjść w pełni kondycji na umyśle. Przecież wszystko mówiło za tym, aby pozwolić się jej rozbić w tym dryfowaniu bez kursu na morzu niebezpieczeństw. Ile razy wiara i nadzieja na odnowienie może być złamana, by nie potrafić się odbudować na nowo? Ciężko zliczyć, może nawet nie jest to wykonalne. On nigdy nie pytał w prost o uczucia Osetka do Loretty, to byłoby zbyt nie wygodne dla niego, a co dopiero dla niej. Jeszcze w Hogwarcie, jakaś zaszczepiona podskórnie cząstka w nim mówiła mu, że to niewłaściwe, że nie powinien dawać na to przyzwolenia. Nie musiał być wróżbitą, żeby domyślić się jakie zdanie mógł mieć na ten temat ich ojciec. Jednak o wiele bardziej potrzebował jej nieocenionej pomocy w tym wszystkim. Ostatecznie wolał nie zbliżać się do tej cienkiej granicy, by nie musieć decydować między rozsądkiem, a wyuczonymi instynktami. Dzisiaj byli już zbyt zżyci w tej trójkątnej relacji, by faktycznie potrafił nagle zmienić retorykę i udawać, że wcale nie przyjaźnił się z Severine przez ponad dekadę. Zwyczajnie dojrzał do tego ciężaru gatunkowego, akceptując sprawy takimi jakim są, pielęgnując to, co w tym wszystkim było dla nich najlepsze.
Cmoknął instynktownie w geście zażenowania, kiedy tylko padło nazwisko byłego narzeczonego jego siostry. - On przynajmniej sam zrezygnował... - zaznaczył pewien istotny fakt, chociaż niesmak odczuwał wciąż taki sam. Z tą sprawą było o tyle łatwiej, że ostatecznie sama się rozwiązała, przynajmniej na tyle, by nie musieć o niej wracać, a wspominać o nim można było już z ulgą. Wzdrygnął się na słowa Crouch, podnosząc się na łokciach, spojrzał z lekka poirytowany i zaskoczony. - Nie pozwalaj sobie... - zaczął niby pogniewany, odstawiając podłużną lufkę na stolik. - Obrażaj sobie mnie do woli, ale od ciężko pracujących kobiet możesz się od... odstosunkować... - uśmiechnął się kącikiem ust, wskazując w końcu na zamierzoną ironię. Chociaż tak na prawdę nie przepadał, kiedy mu wypominała jego uległość do pokusy bliskości. Tym bardziej, że już prawie od dwóch lat jest porządnym śmierciożercą gentlemanem ze sztywnym kompasem moralnym. Korciło go by wzmocnić wypowiedź, ale przecież to ona mu pomagała, a nie na odwrót. - Zresztą to nie takie proste, potrzeba by zaaranżować całą intrygę, tak by Loretta sama wpadła na trop i sama dokopała się do prawdy. - dorzucił, klarując nieco sytuację. Stare numery z podrabianiem listów miłosnych do innych uczennic, pismem do złudzenia przypominającym pismo nowego chłopaka Loretty już nie przejdzie, nawet zmodyfikowany na teraźniejsze czasy już nie wypali.
Już zaciągał się dymem z podpalanego opium, a drobną sugestię przyjaciółki, by jeszcze przez chwilę zaniechał zażywania, najzwyczajniej pominął na te kilka sekund. Jednak kiedy przypomniała mu o tej sprawie, zaskoczony nagłym tematem, zakrztusił się dymem. Najpierw zasłonił usta rękawem, by szybko podmienić ją kawałkiem haftowanej chusty z wewnętrznej kieszeni marynarki. O tamtym wieczorze zdążył już nawet zapomnieć na tyle, by nie wracać wspomnieniami za każdym razem kiedy widział słodką twarzyczkę przyjaciółki. Bardzo się wstydził i krępował tego tematu, nie bez powodu prosił ją wtedy żeby do tego nie wracali. Poderwał się do pozycji siedzącej z leżanki, prostując plecy jak na rozkaz. - Ekh... Pamiętam... Myślałem, że mamy to już za sobą... - odbąkiwał coś ewidentnie spięty i poddenerwowany.