Czy to była dziedzina Morpheusa? Absolutnie nie. Jednakże musiał coś robić, aby nie przeżywać żałoby w samotności swojego biurka, nad kartami i znaleziskami, które należało odpowiednio posegregować. Nie chciał myśleć o wpisach, których dokonał jeszcze za życia Derwina. O tym, że brat życzył mu bezpieczniej podróży i była to ich ostatnia rozmowa. On nie życzył mu niczego. Podczas segregowania dokumentów odnalazł kartkę świąteczną, którą wysłali mu Longbottomowie do Grecji, a jego ręka zaczęła się znacząco trząść na widok podpisu brata pod życzeniami. Jak każdy członek swojej rodziny, cierpiał na pracoholizm i wierzył, że skupienie się na zadaniach Departamentu przyniesie mu katharsis. Nigdy tak nie było, ale może tym razem?
Chyba tylko dlatego, gdy wypłynął temat tajemniczego posągu, od razu go podłapał, bo cóż było większym tragizmem, niż śmierć, niż calkowite zawieszenie, nawet jeśli nieświadome, w cierpieniu i sekundzie, która już minęła dawno, dawno temu. Pani Bulstrode właściwie napatoczyła się sama.
Longbottom nie umiał sobie przypomnieć, kiedy rozmawiał z nią ostatni raz, chyba minął rok niespokojnego czasu, tak mu się wydawało. Przyjemnie na nią patrzeć, niemal niezmienną, stateczną figurę, constans w życiu, nawet jeśli nigdy nie przeszli na ty, a ich relacja stanowiła pozytywne koleżeństwo. Chyba właśnie kogoś takiego potrzebował, bez zbędnych pełnych żalu spojrzeniach i kondolencji.
Już miał przepraszać uzdrowicielkę za wpuszczenie jej w maliny, gdy rzeczywiście, ujrzeli posąg. Zapierał dech w piersiach, brakowało jedynie chwalebnego cokołu, unoszącego figurę ponad linię trawy i poszycia leśnego.
— Wygląda jak piosenka, której nikt nie zna — szepnął na widok posagu, obserwując statykę figury i dynamikę Florence. Nagle perspektywa się zmieniła i zwykle spokojna Bulstrode stała się fontanną życia nawet przez sam fakt, że jej stopy uginały mech, a pierś falowała w oddechu, że szmer jej ubrania zaburzał symfonię lasu. Tak żywa w porównaniu do zimnego kamienia, który przyjął nawet formę tycich rzęs oraz włosków brwi na ściągniętej przerażeniem twarzy dziewczyny.
— Jest tak samotna. Jak myślisz, jak brzmi jej imię?
Dopiero po tych słowach zrobił krok do przodu. W przeciwieństwie do Florence, w jego dłoniach nie pojawiła się różdżka, a wahadelko na srebrnym łańcuszku. Kryształ zabłysnął w ciepłym świetle zmierzchu, który miał nadejść za jakieś pół godziny, przejrzysty stożek idealnie przejrzystego kryształu, zawinął stabilnie wahadełko dookoła swoich czterech palców, kryształ zwisał swobodnie w dolinie między kciukiem, a długim palcem wskazującym.
— Proszę jeszcze nie łamać, pani Bulstrode.
Mówił łagodnie, jakby mógł swoim głosem spłoszyć kamienną łanię, jakby sam miękki tenor słów mógł złamać klątwę i pozwolić uciec posągowi daleko przed siebie.