31.12.2023, 20:04 ✶
Objął go więc ramieniem, w nienachalny sposób - nie robił tego po to, żeby go do siebie przysunąć lub wymusić uścisk, bardziej po to, żeby wyznaczyć swoją przestrzeń, a Cain był ważnym elementem tej przestrzeni. Poprawne nazewnictwo kieliszków nieszczególnie ujęło jego uwagę - porzucił temat. No bo mógł niby dopytać o to kiedyś jednego z tych znajomych, którzy mieli w domu kilka rozmiarów łyżek i z jakiegoś powodu wiedzieli, do czego służy każda z nich, ale to była ta kategoria wiedzy, jakiej nie zapraszał do pałacu swojego umysłu. No bo po co - to nie miało większego znaczenia. Zasady dobrego wychowania, życie zgodnie z obyczajem społecznym - to wszystko było stosem zupełnie niepotrzebnych mu regulaminów, których i tak nie zechciałby przestrzegać. Wymuskał z nich co prawda kilka rzeczy miłych. Drobne tradycje, jak choćby to stukanie się szkłem w Nowy Rok. Ale jak ono się nazywało, jaki powinno mieć kształt - to zbywał słuszną w swojej opinii obojętnością. To nie szkło się liczyło, tylko hałas, zapach dymu roznoszący się po okolicy, błyski, smak niedobrego szampana ściekającego ci po gardle i uśmiech tego, z kim spędzałeś pierwszy dzień ze świeżego kalendarza.
Liczyły się emocje. Liczyło się to, czego doświadczało się zmysłami i sercem.
Przygryzł wargę, kiedy usłyszał zadane mu pytanie. Od razu wydał się w tym, że to było jedno z pytań, na które nieszczególnie chciał odpowiadać, ale też... Powiedział już sobie nie raz, że kiedyś powinien zacząć. Nawet jeżeli robił to zdawkowo, jeżeli pomijał najważniejsze fakty, albo doprawiał słowa drobnymi kłamstewkami, powinien częściej coś mówić.
Jeszcze gdyby słowa chciały z nim współpracować...
- O Ścieżkach - przyznał. Dwa króciutkie słowa wydawały się być dla niego tak wielkim krokiem, że sam się tym przeraził. Pocałował Caina w skroń, a później wziął od niego to wino, nie czując w sobie siły do drążenia tego tematu głębiej. Może gdyby faktycznie spił się tym winem bardziej niż wypadało, ale teraz... Wystarczyło mu, że powiedział prawdę. Zamiast za gadanie o rzeczach, które go wewnętrznie męczyły, wolał posiłować się z korkociągiem. Jasne - takie rzeczy można było robić magią i wyszłoby to pewnie zgrabniej i szybciej, ale zawsze kiedy człowieka atakowała fala niezręczności, to od razu chciał zrobić coś z rękoma. Zmiana pozycji, proste zadanie - czyściło ci to głowę lepiej niż cokolwiek innego.
- Aaaa - próbował przywołać z pamięci, jak to dokładnie działało - w Kotle dzieci grały w to tak, że miały w rękach plik kart i dawały je sobie, a ten, kto je dostał, musiał odpowiedzieć na pytanie. Nas jest dwójka, to równie dobrze możemy losować. - Oh takie gry były zawsze okrutne - bo zawsze był ten ktoś, kto żadnych kart nie dostawał. Bell rozumiał, jak bolesne to było, widział te smutne spojrzenia, ale kompletnie nie potrafił się z tym utożsamić. Nigdy przecież nie narzekał na powodzenie, ale...
Wino wydało z siebie głośne „pyk”, a on nalał im je do... kieliszków? Lampek? To miało jakieś znaczenie? Co najwyżej takie, że je przelał.
...ale nienawidził takich gier. I zawsze się o nie obrażał. Albo zbywał wszystkich milczeniem.
Podał mu jego wino, a sam wyciągnął przypadkową kartę ze środka talii. Odwrócił ją i wydał z siebie krótkie „oh”, bo jej treść brzmiała: „9, za co w swoim życiu jesteś najbardziej wdzięczny?” i w pierwsze reakcji Flynn uniósł to swoje szkło do góry, żeby się z nim stuknąć jak w tego Sylwestra, bo odpowiedź była prosta.
- Za ludzi chcących być wokół mnie.
I ta ręka, którą zabrał, żeby otworzyć butelkę, wróciła na swoje miejsce. Jak na znak, że wliczał go do tego grona.
Liczyły się emocje. Liczyło się to, czego doświadczało się zmysłami i sercem.
Przygryzł wargę, kiedy usłyszał zadane mu pytanie. Od razu wydał się w tym, że to było jedno z pytań, na które nieszczególnie chciał odpowiadać, ale też... Powiedział już sobie nie raz, że kiedyś powinien zacząć. Nawet jeżeli robił to zdawkowo, jeżeli pomijał najważniejsze fakty, albo doprawiał słowa drobnymi kłamstewkami, powinien częściej coś mówić.
Jeszcze gdyby słowa chciały z nim współpracować...
- O Ścieżkach - przyznał. Dwa króciutkie słowa wydawały się być dla niego tak wielkim krokiem, że sam się tym przeraził. Pocałował Caina w skroń, a później wziął od niego to wino, nie czując w sobie siły do drążenia tego tematu głębiej. Może gdyby faktycznie spił się tym winem bardziej niż wypadało, ale teraz... Wystarczyło mu, że powiedział prawdę. Zamiast za gadanie o rzeczach, które go wewnętrznie męczyły, wolał posiłować się z korkociągiem. Jasne - takie rzeczy można było robić magią i wyszłoby to pewnie zgrabniej i szybciej, ale zawsze kiedy człowieka atakowała fala niezręczności, to od razu chciał zrobić coś z rękoma. Zmiana pozycji, proste zadanie - czyściło ci to głowę lepiej niż cokolwiek innego.
- Aaaa - próbował przywołać z pamięci, jak to dokładnie działało - w Kotle dzieci grały w to tak, że miały w rękach plik kart i dawały je sobie, a ten, kto je dostał, musiał odpowiedzieć na pytanie. Nas jest dwójka, to równie dobrze możemy losować. - Oh takie gry były zawsze okrutne - bo zawsze był ten ktoś, kto żadnych kart nie dostawał. Bell rozumiał, jak bolesne to było, widział te smutne spojrzenia, ale kompletnie nie potrafił się z tym utożsamić. Nigdy przecież nie narzekał na powodzenie, ale...
Wino wydało z siebie głośne „pyk”, a on nalał im je do... kieliszków? Lampek? To miało jakieś znaczenie? Co najwyżej takie, że je przelał.
...ale nienawidził takich gier. I zawsze się o nie obrażał. Albo zbywał wszystkich milczeniem.
Podał mu jego wino, a sam wyciągnął przypadkową kartę ze środka talii. Odwrócił ją i wydał z siebie krótkie „oh”, bo jej treść brzmiała: „9, za co w swoim życiu jesteś najbardziej wdzięczny?” i w pierwsze reakcji Flynn uniósł to swoje szkło do góry, żeby się z nim stuknąć jak w tego Sylwestra, bo odpowiedź była prosta.
- Za ludzi chcących być wokół mnie.
I ta ręka, którą zabrał, żeby otworzyć butelkę, wróciła na swoje miejsce. Jak na znak, że wliczał go do tego grona.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.