28.12.2023, 01:36 ✶
Jego obsesja na punkcie zakończeń była wciąż silna.
- Wieczność mnie trochę przeraża. Ale mogę kochać cię, aż któreś z nas nie zamieni się w pył.
W ciemnościach Nokturnu i rozciągających się pod nimi ścieżek, jako Crow poznał wiele magicznych istot, które potrafiły jednym spojrzeniem sprawić, że zrobiłby dla nich absolutnie wszystko. Piekielnie trudny był z niego człowiek, więc nie było łatwo go było do siebie przywiązać, ale naprawdę - jakby mu niektóre z tych kreatur kazały klęknąć, to zobaczyliby go na kolanach szybciej niż ktokolwiek inny. W takich chwilach zastanawiał się, czy kropla tej magii nie leżała też w nim. Odrzucony zrobił mu tutaj pokazówkę swojej najgorszej, wymuszającej na innych rzeczy strony, a jednak - nie spotkał się z kolejną odmową. Zamiast tego Alexander zabrał go dokładnie tam, gdzie chciał być - pod siebie, blisko swojego serca. Kolejny raz zapewniony o własnej niewinności, starał się zapomnieć. Wiele detali mu to utrudniało. Te kartki rozrzucone po podłodze. Zapach wódki, jaki czuł kiedy ich oddechy się krzyżowały. Ciężko było to ignorować, całkowicie odrzucić emocje grające mu w głowie ledwie chwilę temu... a jednak - kolejnych kilka pocałunków i te myśli zaczęły zanikać, ginąć pomiędzy kolejną falą stęknięć.
On nie pozwolił mu wziąć się na tym dywanie, tylko to na nim wymusił - z taką świadomością obejmował go nogami. Był w rozsypce, gubił się w czasie. Całował jego ciało - w odpowiedzi pojawiały się durne pytania - czy próbował zabić smak goryczy, przełknąć to, jakie to wszystko było nienormalne? Nagle czuł się pod tymi dłońmi tak mały, jakby ich dzieliło o wiele więcej centymetrów wzrostu. Ale to też znika, bo Alexander spełniający jego życzenie pracował ciężko na to, żeby pozbawić Flynna resztek opanowania i godności, o ile cokolwiek się jeszcze z tego ostało - choćby cząstka, ostatnia iskra - nic.
A co jeśli nic z tego się nie wydarzyło? Może wciąż był w tych Podziemiach? Nawet by się zaśmiał w obliczu zetknięcia ze śmiercią, gdyby się na końcu okazało, że nigdy tej Fontaine nie zostawił, tylko oszalał, wymyślił sobie tę zwariowaną rodzinę, Alexandra kochającego go bezgranicznie, tego Caina co do niego wrócił mimo tego, że go porzucił jak niechcianego psa. Ha, to były naprawdę dobre omamy. Jeżeli to był wymysł jego głowy, scenariusz napisany przez kogoś obłąkanego - niech tak będzie i niech się już z niego nie budzi. Bo tak chciał umrzeć - w tych ramionach, które go oplatały. Z tym „kocham cię” suszącym mu łzy.
Jeżeli w seksie chodziło o siłę, to który z nich płonął jaśniej, który posiadał moc niemożliwą do zdetronizowania? Bo kiedy jego brat opadł w dół, dysząc ociężale, Flynn miał wrażenie, że gdyby w tym stanie kazał mu cokolwiek - wywalić tę książkę, rozbić lusterko, więcej się z Bletchleyem nie spotykać - zrobiłby to. Nie mógłby z tym żyć, ale zrobiłby to. Tak samo jak zrobił to kiedyś dla Fontaine. Ale Alexander tego nie powiedział. Nie wydusił z siebie nic. Flynn powiedział tylko:
- Chodź - ciągnąc go do łóżka, wycierając brudny od nasienia brzuch wykształtowaną półprzytomnie ścierką. Objął go rękoma, przycisnął do siebie, jeszcze raz zanurzając noc w jego włosach.
On spał normalnie. Problemy zaczęły się w pustej, zimnej pościeli. W tym wysprzątanym pokoju. Rozwalonego parapetu posprzątać nie mógł.
Znowu to samo. Czy to miała być ich normalność? Normalne będzie to, jak jest zamknięty w sobie, a później gada i gada, ale w tej plątaninie słów nie udaje mu się powiedzieć niczego, co naprawdę ma znaczenie (szczególnie kiedy sytuacja tego wymaga), albo nie jest bezczelnym kłamstwem lub półprawdą? Normalnym będzie to jak ucieka przed wszystkim, co jest przynajmniej odrobinę obce? Normalne będzie to, że Alexander go zaakceptuje, te wszystkie idiotyzmy, za które on sam się nienawidził, pójdą w niepamięć.
Normalność była okropna, była nie do zniesienia! On był nie do zniesienia!
Znowu się dusił. I kiedy wreszcie pogodził się z tym, że znowu ma atak paniki, był pewien jednego - musiał się stąd na jakiś czas wydostać.
- Wieczność mnie trochę przeraża. Ale mogę kochać cię, aż któreś z nas nie zamieni się w pył.
W ciemnościach Nokturnu i rozciągających się pod nimi ścieżek, jako Crow poznał wiele magicznych istot, które potrafiły jednym spojrzeniem sprawić, że zrobiłby dla nich absolutnie wszystko. Piekielnie trudny był z niego człowiek, więc nie było łatwo go było do siebie przywiązać, ale naprawdę - jakby mu niektóre z tych kreatur kazały klęknąć, to zobaczyliby go na kolanach szybciej niż ktokolwiek inny. W takich chwilach zastanawiał się, czy kropla tej magii nie leżała też w nim. Odrzucony zrobił mu tutaj pokazówkę swojej najgorszej, wymuszającej na innych rzeczy strony, a jednak - nie spotkał się z kolejną odmową. Zamiast tego Alexander zabrał go dokładnie tam, gdzie chciał być - pod siebie, blisko swojego serca. Kolejny raz zapewniony o własnej niewinności, starał się zapomnieć. Wiele detali mu to utrudniało. Te kartki rozrzucone po podłodze. Zapach wódki, jaki czuł kiedy ich oddechy się krzyżowały. Ciężko było to ignorować, całkowicie odrzucić emocje grające mu w głowie ledwie chwilę temu... a jednak - kolejnych kilka pocałunków i te myśli zaczęły zanikać, ginąć pomiędzy kolejną falą stęknięć.
On nie pozwolił mu wziąć się na tym dywanie, tylko to na nim wymusił - z taką świadomością obejmował go nogami. Był w rozsypce, gubił się w czasie. Całował jego ciało - w odpowiedzi pojawiały się durne pytania - czy próbował zabić smak goryczy, przełknąć to, jakie to wszystko było nienormalne? Nagle czuł się pod tymi dłońmi tak mały, jakby ich dzieliło o wiele więcej centymetrów wzrostu. Ale to też znika, bo Alexander spełniający jego życzenie pracował ciężko na to, żeby pozbawić Flynna resztek opanowania i godności, o ile cokolwiek się jeszcze z tego ostało - choćby cząstka, ostatnia iskra - nic.
A co jeśli nic z tego się nie wydarzyło? Może wciąż był w tych Podziemiach? Nawet by się zaśmiał w obliczu zetknięcia ze śmiercią, gdyby się na końcu okazało, że nigdy tej Fontaine nie zostawił, tylko oszalał, wymyślił sobie tę zwariowaną rodzinę, Alexandra kochającego go bezgranicznie, tego Caina co do niego wrócił mimo tego, że go porzucił jak niechcianego psa. Ha, to były naprawdę dobre omamy. Jeżeli to był wymysł jego głowy, scenariusz napisany przez kogoś obłąkanego - niech tak będzie i niech się już z niego nie budzi. Bo tak chciał umrzeć - w tych ramionach, które go oplatały. Z tym „kocham cię” suszącym mu łzy.
Jeżeli w seksie chodziło o siłę, to który z nich płonął jaśniej, który posiadał moc niemożliwą do zdetronizowania? Bo kiedy jego brat opadł w dół, dysząc ociężale, Flynn miał wrażenie, że gdyby w tym stanie kazał mu cokolwiek - wywalić tę książkę, rozbić lusterko, więcej się z Bletchleyem nie spotykać - zrobiłby to. Nie mógłby z tym żyć, ale zrobiłby to. Tak samo jak zrobił to kiedyś dla Fontaine. Ale Alexander tego nie powiedział. Nie wydusił z siebie nic. Flynn powiedział tylko:
- Chodź - ciągnąc go do łóżka, wycierając brudny od nasienia brzuch wykształtowaną półprzytomnie ścierką. Objął go rękoma, przycisnął do siebie, jeszcze raz zanurzając noc w jego włosach.
On spał normalnie. Problemy zaczęły się w pustej, zimnej pościeli. W tym wysprzątanym pokoju. Rozwalonego parapetu posprzątać nie mógł.
Znowu to samo. Czy to miała być ich normalność? Normalne będzie to, jak jest zamknięty w sobie, a później gada i gada, ale w tej plątaninie słów nie udaje mu się powiedzieć niczego, co naprawdę ma znaczenie (szczególnie kiedy sytuacja tego wymaga), albo nie jest bezczelnym kłamstwem lub półprawdą? Normalnym będzie to jak ucieka przed wszystkim, co jest przynajmniej odrobinę obce? Normalne będzie to, że Alexander go zaakceptuje, te wszystkie idiotyzmy, za które on sam się nienawidził, pójdą w niepamięć.
Normalność była okropna, była nie do zniesienia! On był nie do zniesienia!
Znowu się dusił. I kiedy wreszcie pogodził się z tym, że znowu ma atak paniki, był pewien jednego - musiał się stąd na jakiś czas wydostać.
Koniec sesji
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.