22.12.2023, 14:53 ✶
Nie wszystko musiało być wypowiadane na głos, by istniało w świadomości. I nie chodziło o to, że Alexander brał tyle, że prawdopodobnie nie sypał kresek, tylko całe przekątne stołu przy którym zażywał. Chodziło o zażyłość jaką jego przyjaciółka żywiła do jego bliźniaczki. To coś więcej niż domysły, ale nie mógł być tego w zupełności pewny. Z całą miłością do niej, ale Loretta nie zasługiwała na taką przyjaciółkę jak Severine. Taką która będzie się o jej dobro troszczyć z nią, bez niej, a nawet pomimo niej. To nie jest opoka którą otacza się nawet najlepszych przyjaciół. Sam miał swoją bandę i nadstawiłby karku za każdego z nich, jednak była też jakaś tam granica. Nigdy od żadnego nie usłyszał przyjacielskiej porady jak; przestań wydawać setki galeonów na kobiety, znajdź sobie kogoś na stałe. On dbał o Lorettę, bo był jej bratem, bo ją kochał. Dlatego starania Severine musiały być motywowane podobnym wektorem, skoro wciąż, po tylu latach, nadal przejmował ją los zdeprawowanej artystki.
Uśmiechnął się szerzej i parsknął niedbale śmiechem, czego od razu pożałował, bo szczęka ukuła go u nasady. Oczywistym było, że romski pies ćpał, za jego życia do herbu rodowego Mulciberów powinni domalować łyżkę z zapalniczką. Gość mógłby być maskotką, pamiątką turystyczną z dworca kolejowego w Hamburgu. - To też nic nie da... - odezwał się zniesmaczony, rozmasowując sobie ból w gębie. - Jeszcze sobie to zromantyzują, jako miłość ponad bariery... - pokusił się na drobny żart. Rozłożył się wygodniej w leżance w pozycji półleżącej, krwawiąc egzystencjalnie. Zamknięcie Mulcibera za kratami nie zmieniało tak naprawdę za wiele. Problem wciąż pozostawał, Loretta dalej mogła pchać się w autodestrukcji. No i był ten szkopuł, że Alexander po prostu nie mógł trafić do więzienia, znał zbyt dużo sekretów i mógł pogrążyć nie tylko siebie, Louvaina, Lorettę, ale kurwa wszystkich spod mrocznego znaku. Kim był człowiek, który stwierdził, że taka gnida nadaje się na Śmierciożerce? Jasne, że Czarny Pan nie mógł znać na wylot wszystkich swoich sług, ale ktoś kto znał to cygańskie ścierwo nieco lepiej, musiał wcześniej za niego poświadczyć. Kpina.
- Słodka, ja naprawdę przerabiam to od dekady, może nawet więcej... Przerabiałem w głowie każdy scenariusz i jeszcze nigdy nie udało mi się ściągnąć jej z kolizyjnej... - zdegustowany, może zbyt mocno zmanierowany. Jego też bolała ta niemoc i opuchnięty ryj. - Specjalista byłby dobrym rozwiązaniem, ale ta opcja zakłada, że musiałaby przyznać przed samym sobą, że ma problem i popełnia błąd. - dorzucił chcąc szybko rozwiać wątpliwości. Oczywistym było również to, że zachowania jego bliźniaczki były bardzo złe, krzywdzące dla niej i mogące zostawić wiele ran, które nigdy się dobrze nie zabliźnią. Nie mógłby teraz być zły na przyjaciółkę, dobrze wiedział, że zależy jej na dobru Loretty momentami może bardziej, niż jemu. Potem pozwolił jej mówić i wsłuchiwał się co ma mu do przekazania. W między czasie w końcu zostały podane im do stolika zamówienia. Lou nie zamierzał jeszcze dłużej odwlekać tego po co tu też przyszedł. Potrzebował chwilowego, ale głębokiego wytchnienia od tego zamieszania. Na końcu długiej, szklanej rureczki, umieścił przygotowaną lepką grudkę i podpalił pośpiesznie zaciągając się głęboko. Poczuł jak w końcu rozluźniają mu się pospinane od obrażeń, ale i emocji, mięśnie na całym ciele. - On musi po prostu zniknąć, bezpowrotnie... - na bezdechu, wyrzucił beznamiętnie. Powstrzymał się od brutalnych konkluzji i bogatych w przemoc fraz, ale tego mu szczerze życzył i tego od niego oczekiwał. Chyba nie istniało bardziej dobitne rozwiązanie z tej patowej sytuacji. - Ewentualnie musiałby ją zdradzić... Zdrady nigdy by nie wybaczyła, nawet mi... - z już o wiele miększym głosem dorzucił naprędce.
Uśmiechnął się szerzej i parsknął niedbale śmiechem, czego od razu pożałował, bo szczęka ukuła go u nasady. Oczywistym było, że romski pies ćpał, za jego życia do herbu rodowego Mulciberów powinni domalować łyżkę z zapalniczką. Gość mógłby być maskotką, pamiątką turystyczną z dworca kolejowego w Hamburgu. - To też nic nie da... - odezwał się zniesmaczony, rozmasowując sobie ból w gębie. - Jeszcze sobie to zromantyzują, jako miłość ponad bariery... - pokusił się na drobny żart. Rozłożył się wygodniej w leżance w pozycji półleżącej, krwawiąc egzystencjalnie. Zamknięcie Mulcibera za kratami nie zmieniało tak naprawdę za wiele. Problem wciąż pozostawał, Loretta dalej mogła pchać się w autodestrukcji. No i był ten szkopuł, że Alexander po prostu nie mógł trafić do więzienia, znał zbyt dużo sekretów i mógł pogrążyć nie tylko siebie, Louvaina, Lorettę, ale kurwa wszystkich spod mrocznego znaku. Kim był człowiek, który stwierdził, że taka gnida nadaje się na Śmierciożerce? Jasne, że Czarny Pan nie mógł znać na wylot wszystkich swoich sług, ale ktoś kto znał to cygańskie ścierwo nieco lepiej, musiał wcześniej za niego poświadczyć. Kpina.
- Słodka, ja naprawdę przerabiam to od dekady, może nawet więcej... Przerabiałem w głowie każdy scenariusz i jeszcze nigdy nie udało mi się ściągnąć jej z kolizyjnej... - zdegustowany, może zbyt mocno zmanierowany. Jego też bolała ta niemoc i opuchnięty ryj. - Specjalista byłby dobrym rozwiązaniem, ale ta opcja zakłada, że musiałaby przyznać przed samym sobą, że ma problem i popełnia błąd. - dorzucił chcąc szybko rozwiać wątpliwości. Oczywistym było również to, że zachowania jego bliźniaczki były bardzo złe, krzywdzące dla niej i mogące zostawić wiele ran, które nigdy się dobrze nie zabliźnią. Nie mógłby teraz być zły na przyjaciółkę, dobrze wiedział, że zależy jej na dobru Loretty momentami może bardziej, niż jemu. Potem pozwolił jej mówić i wsłuchiwał się co ma mu do przekazania. W między czasie w końcu zostały podane im do stolika zamówienia. Lou nie zamierzał jeszcze dłużej odwlekać tego po co tu też przyszedł. Potrzebował chwilowego, ale głębokiego wytchnienia od tego zamieszania. Na końcu długiej, szklanej rureczki, umieścił przygotowaną lepką grudkę i podpalił pośpiesznie zaciągając się głęboko. Poczuł jak w końcu rozluźniają mu się pospinane od obrażeń, ale i emocji, mięśnie na całym ciele. - On musi po prostu zniknąć, bezpowrotnie... - na bezdechu, wyrzucił beznamiętnie. Powstrzymał się od brutalnych konkluzji i bogatych w przemoc fraz, ale tego mu szczerze życzył i tego od niego oczekiwał. Chyba nie istniało bardziej dobitne rozwiązanie z tej patowej sytuacji. - Ewentualnie musiałby ją zdradzić... Zdrady nigdy by nie wybaczyła, nawet mi... - z już o wiele miększym głosem dorzucił naprędce.