Uśmiechnęła się lekko pod nosem na pytanie Brenny, choć był to krótki uśmieszek – oddychała przez usta.
– To mechanizm obronny – bardzo śmieszny i dla ludzi całkowicie prymitywny, ale może na jakieś drapieżne bestie działało? – Udają martwe, więc po co je gonić – mdlały na zawołanie jak niektóre panienki, by zrobić wokół siebie zamieszanie. Może tak się powinno te dziewuchy nazywać? Kozami?
Rewelacje, jakie kuzynki przywiozły nie były dla Victorii dużym zaskoczeniem; gdzieś w głębi serca od początku czuła, że to sprowadzi na nią śmierć. Że umrze szybciej, niż później. Ale i tak, kiedy Mavelle przekazała jej wieści, to nią wstrząsnęło. Nadal nie do końca się pozbierała i nie bardzo wiedziała co ma w ogóle zrobić, i gdy o tym myślała, to trochę ją paraliżowało… Ale ten pierwszy szok minął i powoli wchodziło pogodzenie się z własnym losem. Nie zasłużyła sobie na to, wiedziała o tym. Zasłużyła na to, by prawo nie powodowało, że nie ma dostępu do wiedzy i że tym trudniej odwrócić te skutki – za to, co zrobiła, co zrobili, Ministerstwo powinno pomóc im wrócić do zdrowia, a oni nie byli w stanie zrobić nic i blokowali prawnie wszystkie możliwości. Władza ją zawodziła, po prostu. A ona oddawała za nich swoje zdrowie… i wychodziło, że swoje życie też.
Victoria dostrzegła mignięcie rozpraszanego zaklęcia i odetchnęła, rozluźniwszy się, skoro udało się tego pozbyć. To znaczyło, ze byli na dobrym tropie – bo zaklęcie samo się przecież nie rzuciło. Ani też nie rzuciło się bez powodu. Kiwnęła głową, Apollo chyba był zadowolony z tego, że może zostać na zewnątrz, a Victoria, zapaliwszy Lumos na swojej różdżce, weszła do jaskini.
Było tutaj… dziwnie sterylnie jak na to, że jeszcze chwilę temu wejście było obłożone zaklęciem. Sterylnie w tym znaczeniu, że nie było śladu, żeby mieli tutaj urzędować ludzie. Sama zresztą co jakiś czas rzucała zaklęcia, bo nie wierzyła, że jeśli coś było na wejściu, to już w głębi będzie całkiem czysto – a jednak było.
– Uwinęli się szybciutko, a jednak obstawili wejście magią – powiedziała cicho, rozglądając się po otoczeniu, trzymając różdżkę wysoko nad głową. Tylko mrugnęła, gdy Brenna zmieniła się w wilka, a sama też rozglądała się po grocie, pamiętając, by dawać światło też wilczycy. – Ale może uciekli innym korytarzem – mruknęła, wskazując różdżką to drugie wyjście (a może też i trzecie i czwarte, jeśli było ich więcej) – mogły je zbadać później. Sama zaś podeszła ostrożnie do tego świecącego… czegoś. Z różdżką przed sobą. – A to co… – mruknęła pod nosem do siebie.