19.12.2023, 23:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.12.2023, 23:19 przez The Overseer.)
Schowałem twarz w dłoniach, zaciągając się przelotnie papierosem. Flynn krzyczał za drzwiami, a mi się po prostu wszystko wywracało we wnętrznościach. Próbowałem zebrać myśli, ale byłem zmęczony i wciąż wkurwiony, nadal też przybity. Kochałem go każdego; nie kłamałem. Kochałem go każdego, ale chciałem go mieć na wyłączność, dla siebie, jako partnera w zbrodni i nie-zbrodni, mieć w nim oparcie, a nie tylko przyklejającą się do mnie Przytulankę, która miała przy mnie trwać, póki mi się nie znudzi. A potem co? Potem się odkocha, pójdzie sobie w świat i zapomni o mnie? Tak po prostu?
Czemu nie mógł powiedzieć, że mnie kocha, że chce żebyśmy byli parą, tak oficjalnie, że pomoże mi prowadzić cyrk i niańczyć całe to towarzystwo, tworząc ze mną tę dziwną, pogniecioną rodzinę, ale rodzinę? Czemu wciąż siebie karał za istnienie, nie dopuszczając do siebie nawet myśli, że mógłby na mnie zasługiwać i chcieć ze mną być? Mówił, że mnie kocha. Krzyczał to... Wrzeszczał nawet później. ...tylko czemu czułem się przy tym samotny i porzucony? Na swój sposób oszukany?
Chciałem tylko się przytulić, a wyszedł z tego Armagedon. Wpatrywałem się w ciemną przestrzeń przed sobą, oświetloną bezlitosnym światłem księżyca. Powiedziałbym, że było w miarę spokojnie, gdyby nie dało się słyszeć gwałtownych dźwięków z naszej przyczepy. Przeraziłem się, w te pędy gasząc papierosa o schodek i podrywając się na równe nogi. Nie miałem pojęcia, co tam zastanę i co się, co cholery, działo.
Flynn wrzeszczał, przeklinał... mnie, uderzał o parapet. Cały wóz był w porozrzucanych dokumentach. Musiałem kilka razy zamrugać, bo nie byłem w stanie za pierwszym razem przyswoić tego obrazu, tego, co się działo. Czy to działo się na serio? Miało miejsce naprawdę? Czy to był tylko cholerny koszmar? Albo niezbyt trafna iluzja, w której mnie zamknięto? Kompletna abstrakcja.
- Flynn! FLYNN! - krzyknąłem bezradnie, próbując go jakoś przywołać do porządku, ale wpadł w jakąś furię, amok, atak. Sam nie wiedziałem, co to było. Nigdy się tak nie zachowywał. Nie byłem pewien, czy mogłem w tej chwili do niego podejść, kiedy atakował niczemu winny parapet... moim posążkiem. Aż czułem ból, ból, który mogłem naprawdę poczuć, gdyby trafił mnie tym przedmiotem w którąkolwiek część ciała. Zabolałoby porządnie, a przy dobrych wiatrach nawet mógłby mnie pozbawić świadomości albo życia. Przełknąłem ślinę i zaraz do niego podszedłem w podskokach, dopadłem do niego, kiedy tylko druga część przedmiotu spadła na podłogę.
Objąłem go ramionami tak by zablokować jego ręce. Przytuliłem go mocno do siebie. Nie chciałem by rozpieprzał nam wóz, ale jeszcze bardziej nie chciałem by rozpieprzał siebie. Był na jakimś skraju emocjonalnym, wcześniej agresywny, teraz rozbity. Bałem się, że mógłby sobie w tym stanie zrobić krzywdę. Nie byłem pewien, czy przesadzałem w ocenie, ale bałem się, że mógłby nawet zaatakować mnie, a ja, cóż, nie chciałem z nim walczyć. Miałem w swojej głowie różne scenariusze, których realizacji się obawiałem. Ale nie zamierzałem im na to pozwolić, no nie?
- Flynn, spokojnie... Flynn, ja tu jestem - mówiłem, próbując do niego dotrzeć albo co. Miało mnie zadowolić cokolwiek, jakaś oznaka obecności tu albo uspokojenie się... Chociaż w niewielkim stopniu? - Nigdzie się nie wybieram i nie chcę żebyś ty się wybierał. Nie wracasz do Fontaine. Po prostu... się zdenerwowałem, ale to nieistotne. Słyszysz, Flynn? Flynn? Fleamont? Ja tu jestem, dotykam cię, kocham cię. Czujesz jak cię dotykam? - zapytałem spięty, zatroskany. Oczy miałem zaszklone od łez. Za cholerę nie chciałem go doprowadzić do tego stanu. Teraz usilnie pragnąłem, chciałem... chciałem świata, w którym nie wyszedłem z przyczepy, w którym nie przebudziłem go w celu przytulenia, w którym nie dostał listownie tej cholernej książki. Tak bardzo.
@Crow
Czemu nie mógł powiedzieć, że mnie kocha, że chce żebyśmy byli parą, tak oficjalnie, że pomoże mi prowadzić cyrk i niańczyć całe to towarzystwo, tworząc ze mną tę dziwną, pogniecioną rodzinę, ale rodzinę? Czemu wciąż siebie karał za istnienie, nie dopuszczając do siebie nawet myśli, że mógłby na mnie zasługiwać i chcieć ze mną być? Mówił, że mnie kocha. Krzyczał to... Wrzeszczał nawet później. ...tylko czemu czułem się przy tym samotny i porzucony? Na swój sposób oszukany?
Chciałem tylko się przytulić, a wyszedł z tego Armagedon. Wpatrywałem się w ciemną przestrzeń przed sobą, oświetloną bezlitosnym światłem księżyca. Powiedziałbym, że było w miarę spokojnie, gdyby nie dało się słyszeć gwałtownych dźwięków z naszej przyczepy. Przeraziłem się, w te pędy gasząc papierosa o schodek i podrywając się na równe nogi. Nie miałem pojęcia, co tam zastanę i co się, co cholery, działo.
Flynn wrzeszczał, przeklinał... mnie, uderzał o parapet. Cały wóz był w porozrzucanych dokumentach. Musiałem kilka razy zamrugać, bo nie byłem w stanie za pierwszym razem przyswoić tego obrazu, tego, co się działo. Czy to działo się na serio? Miało miejsce naprawdę? Czy to był tylko cholerny koszmar? Albo niezbyt trafna iluzja, w której mnie zamknięto? Kompletna abstrakcja.
- Flynn! FLYNN! - krzyknąłem bezradnie, próbując go jakoś przywołać do porządku, ale wpadł w jakąś furię, amok, atak. Sam nie wiedziałem, co to było. Nigdy się tak nie zachowywał. Nie byłem pewien, czy mogłem w tej chwili do niego podejść, kiedy atakował niczemu winny parapet... moim posążkiem. Aż czułem ból, ból, który mogłem naprawdę poczuć, gdyby trafił mnie tym przedmiotem w którąkolwiek część ciała. Zabolałoby porządnie, a przy dobrych wiatrach nawet mógłby mnie pozbawić świadomości albo życia. Przełknąłem ślinę i zaraz do niego podszedłem w podskokach, dopadłem do niego, kiedy tylko druga część przedmiotu spadła na podłogę.
Objąłem go ramionami tak by zablokować jego ręce. Przytuliłem go mocno do siebie. Nie chciałem by rozpieprzał nam wóz, ale jeszcze bardziej nie chciałem by rozpieprzał siebie. Był na jakimś skraju emocjonalnym, wcześniej agresywny, teraz rozbity. Bałem się, że mógłby sobie w tym stanie zrobić krzywdę. Nie byłem pewien, czy przesadzałem w ocenie, ale bałem się, że mógłby nawet zaatakować mnie, a ja, cóż, nie chciałem z nim walczyć. Miałem w swojej głowie różne scenariusze, których realizacji się obawiałem. Ale nie zamierzałem im na to pozwolić, no nie?
- Flynn, spokojnie... Flynn, ja tu jestem - mówiłem, próbując do niego dotrzeć albo co. Miało mnie zadowolić cokolwiek, jakaś oznaka obecności tu albo uspokojenie się... Chociaż w niewielkim stopniu? - Nigdzie się nie wybieram i nie chcę żebyś ty się wybierał. Nie wracasz do Fontaine. Po prostu... się zdenerwowałem, ale to nieistotne. Słyszysz, Flynn? Flynn? Fleamont? Ja tu jestem, dotykam cię, kocham cię. Czujesz jak cię dotykam? - zapytałem spięty, zatroskany. Oczy miałem zaszklone od łez. Za cholerę nie chciałem go doprowadzić do tego stanu. Teraz usilnie pragnąłem, chciałem... chciałem świata, w którym nie wyszedłem z przyczepy, w którym nie przebudziłem go w celu przytulenia, w którym nie dostał listownie tej cholernej książki. Tak bardzo.
@Crow