18.12.2023, 20:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.12.2023, 17:53 przez Erik Longbottom.)
Większość ludzi, którzy siedzieli w ''niebezpiecznych'' zawodach raczej nie mogła narzekać na brak klienteli po tym, co się stało podczas Beltane. Niektórzy szukali ochrony, inni chcieli wiedzieć, jak obronić własne posesje na wypadek napaści, a co poniektórzy wykazywali się nadmierną ostrożnością lub donosicielstwem. W trakcie swoich zmian Erik miał pełne ręce roboty i czasem nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać nad tym, że jest wzywany do zakłócania porządku na Pokątnej. Niby dobrze, że nie doszło do kolejnej napaści, ale z drugiej strony... Ten czas i energia mogły być spożytkowane na coś, co przyniesienie faktyczną zmianą.
Pokręcił głową. Nie. Nie powinien sobie tego wmawiać. Pewnych spraw nie można było przyspieszać. Tego się nauczył po tym, jak Patrick i Albus wykazali się powściągliwością tuż po śmierci Derwina. Robić swoje, krok po kroku i obserwować; prędzej czy później komuś powinie się noga, a wtedy będą mogli uderzyć. W zorganizowany sposób i z chirurgiczną wręcz precyzją. Marzenia ściętej głowy? Możliwe, w tych czasach ciężko było przewidzieć coś w stu procentach poprawnie, jednak dalej mogli celować, aby dać z siebie wszystko.
— Na co wtedy polowałaś w tym Egipcie? — rzucił nieco ostrym tonem, poprawiając rękawy munduru. Rozejrzał się czujnie na prawo i lewo. — To było coś bardzo egzotycznego?
Mimowolnie wrócił myślami do doniesień z okolicznych gospodarstw. Czy którykolwiek z mieszkańców wyglądał na takiego, co hodowałby niebezpieczne stworzenia? Wyglądali mu raczej na starszych, nieco konserwatywnych ludzi, którzy byli mocno przywiązani do swojej ziemi. To nie byli nowobogaccy, którzy stwierdzili, że postawią sobie willę na odludziu i będą się pławić we własnej izolacji, zachwycając się, jaki drogi gobelin wisi w pokoju muzycznym. Te uprawy były częścią ich życia. Każde z nich chciało jak najszybciej zakończyć tę sprawę. Byli otwarci i pomocni. A może to ja jestem zbyt łatwowierny?, pomyślał z przekąsem, wzdychając cicho.
— I to w Little Hangleton, co? — Pokręcił z niedowierzaniem głową. — Bo tym cyrku, w jaki zmienia się Dolina Godryka, powiedziałbym, że to tam dojdzie do takiego szajsu. — Rozgrzebał czubkiem buta namokłą grudkę ziemi. — Te dziwne ognie kowenu, zaklęty wicher, zniszczenia w Kniei... Prędzej to bym przypisał gniewowi Matki Ziemi.
Niezbadane były wyroki bóstw. Gdyby ten incydent faktycznie miał coś do czynienia z magią żywiołów, to być może śledztwo skończyłoby się szybciej. Niektórzy funkcjonariusze mieli już nieco doświadczenia z operowaniem w takich warunkach. A teoretycy magii mogliby stwierdzić, czy i tutaj nie doszło do jakiegoś dziwnego wyrzutu magicznej energii, która... Zniszczyła uprawy. Wypuścił głośno powietrze z płuc.
— Wiesz co, Geraldine? — Spojrzał na nią krzywo, gdy nie zaprzeczyła temu, że krety-giganty faktycznie mogły istnieć. — Myślałem, że jednak wyprowadzisz mnie z błędu. — Wzdrygnął się na samą myśl, że musiałby kiedyś zejść do tuneli, aby zawalczyć z takim monstrum. — Teraz to już na pewno będę miał koszmary.
Wystarczyło mu stresu po niedawnym wypadzie z siostrą w góry. Być może będziemy musieli wejść do jakiejś jaskini, powtórzył bezgłośnie Erik, przedrzeźniając w myślach ton głosu Brenny. Phi. Jeszcze czego. Był detektywem, do jasnej cholery, a nie jakimś zakichanym grotołazem. Nic dziwnego, że perspektywa wyśledzenia wielkiego kreta w podziemnych tunelach nie wydawała mu się zbyt zachęcająca.
— Racja. Ciebie nie obowiązują regulacje, więc masz nad nimi sporą przewagę — przyznał, chociaż po jego tonie głosu ciężko było poznać, czy traktuje ten fakt jako coś pozytywnego, czy też negatywnego. Uśmiechnął się lekko, gdy w końcu usłyszał jakieś dobre wieści. — Widzisz, jednak umiesz poprawić mi humor!
Po tych słowach zaczął schodzić w dół wzgórza. Z góry i tak wszystkiego nie ustalą, więc lepiej by było dostać się w serce akcji, a tam... Gerladine mogła buszować do woli. Erik zamierzał puścić ją przodem. Nie wiedział zbyt wiele o tym, jak rozpoznać groźne stworzenia, więc jego uwagi można by było podsumować na zasadzie „wygląda to, jak pobojowisko”.
Pokręcił głową. Nie. Nie powinien sobie tego wmawiać. Pewnych spraw nie można było przyspieszać. Tego się nauczył po tym, jak Patrick i Albus wykazali się powściągliwością tuż po śmierci Derwina. Robić swoje, krok po kroku i obserwować; prędzej czy później komuś powinie się noga, a wtedy będą mogli uderzyć. W zorganizowany sposób i z chirurgiczną wręcz precyzją. Marzenia ściętej głowy? Możliwe, w tych czasach ciężko było przewidzieć coś w stu procentach poprawnie, jednak dalej mogli celować, aby dać z siebie wszystko.
— Na co wtedy polowałaś w tym Egipcie? — rzucił nieco ostrym tonem, poprawiając rękawy munduru. Rozejrzał się czujnie na prawo i lewo. — To było coś bardzo egzotycznego?
Mimowolnie wrócił myślami do doniesień z okolicznych gospodarstw. Czy którykolwiek z mieszkańców wyglądał na takiego, co hodowałby niebezpieczne stworzenia? Wyglądali mu raczej na starszych, nieco konserwatywnych ludzi, którzy byli mocno przywiązani do swojej ziemi. To nie byli nowobogaccy, którzy stwierdzili, że postawią sobie willę na odludziu i będą się pławić we własnej izolacji, zachwycając się, jaki drogi gobelin wisi w pokoju muzycznym. Te uprawy były częścią ich życia. Każde z nich chciało jak najszybciej zakończyć tę sprawę. Byli otwarci i pomocni. A może to ja jestem zbyt łatwowierny?, pomyślał z przekąsem, wzdychając cicho.
— I to w Little Hangleton, co? — Pokręcił z niedowierzaniem głową. — Bo tym cyrku, w jaki zmienia się Dolina Godryka, powiedziałbym, że to tam dojdzie do takiego szajsu. — Rozgrzebał czubkiem buta namokłą grudkę ziemi. — Te dziwne ognie kowenu, zaklęty wicher, zniszczenia w Kniei... Prędzej to bym przypisał gniewowi Matki Ziemi.
Niezbadane były wyroki bóstw. Gdyby ten incydent faktycznie miał coś do czynienia z magią żywiołów, to być może śledztwo skończyłoby się szybciej. Niektórzy funkcjonariusze mieli już nieco doświadczenia z operowaniem w takich warunkach. A teoretycy magii mogliby stwierdzić, czy i tutaj nie doszło do jakiegoś dziwnego wyrzutu magicznej energii, która... Zniszczyła uprawy. Wypuścił głośno powietrze z płuc.
— Wiesz co, Geraldine? — Spojrzał na nią krzywo, gdy nie zaprzeczyła temu, że krety-giganty faktycznie mogły istnieć. — Myślałem, że jednak wyprowadzisz mnie z błędu. — Wzdrygnął się na samą myśl, że musiałby kiedyś zejść do tuneli, aby zawalczyć z takim monstrum. — Teraz to już na pewno będę miał koszmary.
Wystarczyło mu stresu po niedawnym wypadzie z siostrą w góry. Być może będziemy musieli wejść do jakiejś jaskini, powtórzył bezgłośnie Erik, przedrzeźniając w myślach ton głosu Brenny. Phi. Jeszcze czego. Był detektywem, do jasnej cholery, a nie jakimś zakichanym grotołazem. Nic dziwnego, że perspektywa wyśledzenia wielkiego kreta w podziemnych tunelach nie wydawała mu się zbyt zachęcająca.
— Racja. Ciebie nie obowiązują regulacje, więc masz nad nimi sporą przewagę — przyznał, chociaż po jego tonie głosu ciężko było poznać, czy traktuje ten fakt jako coś pozytywnego, czy też negatywnego. Uśmiechnął się lekko, gdy w końcu usłyszał jakieś dobre wieści. — Widzisz, jednak umiesz poprawić mi humor!
Po tych słowach zaczął schodzić w dół wzgórza. Z góry i tak wszystkiego nie ustalą, więc lepiej by było dostać się w serce akcji, a tam... Gerladine mogła buszować do woli. Erik zamierzał puścić ją przodem. Nie wiedział zbyt wiele o tym, jak rozpoznać groźne stworzenia, więc jego uwagi można by było podsumować na zasadzie „wygląda to, jak pobojowisko”.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
Co widzi Ger?