Teraz była to twarz Kierana w tym miłowaniu, ale równie dobrze mogłaby to być twarz Dantego. Albo mężczyzny, który odwiedzał sny, by zasiać w nich zamęt. Twarz kogokolwiek, kto prezentował sobą to, co stało się tu i teraz epicentrum tego zakochania. Strach. Terror w sercu zasiany i doglądany, by rósł. Nieodpuszczany, żeby nie wydawało się, że można przed nim uciec. Po to był krok w tył - żeby zwiększyć odległość od obiektu grozy. Po to był krok w przód - by pokazać, że Groza nigdy nie odpuszczała. Kolor oczu, włosów, ten ukryty zapach i spojrzenie, ton głosu i jego brzmienie - wszystko to było nieistotne. Łatwe do zastąpienia. Kieran Avery pewnie nie był żadnym Kieranem. Imię i nazwisko wymyślone na poczekaniu, albo będące fałszywym tropem, iluzją istnienia stworzoną po to, żeby potem aurorzy czy brygadziści mogli szukać tego jednego ziarnka zasianego w całym polu pszenicy.
To było zbyt łatwe do zburzenia. Ten spokój. Dziecinnie łatwe. Była taka bajka o wilku i o świnkach. Głupie, głupie świnki nie wierzyły, że wilk podoła ich konstrukcjom i budowały te domki z piasków i kart. Do zdmuchnięcia jednym podmuchem, czasem może dwoma. Laurent na wilka patrzeć nie chciał. Nawet jeśli teraz walczył o wizję, o skupienie wzroku na tym jednym, konkretnym. Tak, tym samym, którego przeciętna twarz wniosła kolejne krople chaosu do jego życia. Co było prawdą, co urojeniem? Co sobie dopowiadasz, a co zostało przekazane pomiędzy zdaniami? Tak, jego głowa stanie się ulem, a będzie to ul dla os złożonych ze słów, które ze spokojem przetoczyły się przez usta tego mężczyzny. Czy tacy ludzie mieli swoje rodziny? Czy istniały w ich jakiekolwiek uczucia? Tłumaczyli sobie samym, że to tylko praca, a dla bliskich chowali te resztki przyzwoitości, jakie tylko mogły się w nich pojawić? Laurent się nad tym nie zastanawiał. Jego głowa i serce drżały teraz jednakowo jak jego ciało, kiedy starał się zachować resztki jakiejkolwiek twarzy przy tym rozbrojeniu. Tak, to wrażenie... wrażenie, jakby to spojrzenie mogło przybić do desek tego miejsca - ono było na pewno prawdziwe. Mogło. To słowa były natomiast gwoździami i młotkiem.
Nie był w stanie już wykrztusić z siebie żadnej odpowiedzi. Nawet nie do końca czuł, że się zaczyna garbić, że panika zaczyna brać nad nim górę, gdy myśl o tym, by jakoś wyglądać, żeby nie dać się poskładać, żeby wytrwać i wystać, nie pokazać słabości, przerodziła się w telepiące się, obijające o czaszkę nie,nie,nienienienie (...) - tak biegło do przodu. Cień zniknął z jego sylwetki, słyszał oddalające się kroki, stukot obcasa na równej posadzce. A on zjechał plecami po tych deskach do pozycji siedzącej. Chciał zawołać Aleksandra - nie miał siły. Chciał się podnieść - nie dało rady. Chciał się otrząsnąć - zabrakło sił nawet na samo chcenie.
W końcu ktoś przybiegł. Ktoś znaczy Aleksander. Panie Laurent! Proszę oddychać! Oddychał. Przecież oddychał. Przecież oddychał...
Ocknął się już na zewnątrz, posadzony na ławce pod pięknym lasem New Forest.
Choć wiedział - nie warto było się budzić.