15.12.2023, 23:31 ✶
Byłem rozbity, ale starałem się o tym nie myśleć. Tak bardzo nie myśleć, być twardym i obojętnym. Niczym niewzruszona skała, która myślała sobie, że upływający czas jej nie skruszy, a jednak.
Jeszcze nigdy nie miałem tak, że nie chciałem patrzeć w oczy swojemu rozmówcy. Te czasu nadeszły. Nie chciałem patrzeć w oczy Edge’a, mojego Flynna, w jego ciemne, błyszczące oczy. Nie byłem w stanie określić, czy były bardziej piwne, czy może brązowe, ale w tej chwili za nimi nie tęskniłem, obawiając się tego, co w nich ujrzę. Wolałem wyobrażać sobie w myślach ich wyraz albo tak naprawdę skupić się na samoocenie Flynna niż na jego oczach, jego wyrazie twarzy czy opinii na temat mojego upadku. I przede wszystkim oddychać, pamiętać o oddychaniu.
- Widzę w tobie dobro, Flynn. Wcale nie jesteś złym człowiekiem. Jesteś... idealny - zauważyłem, wypowiadając te słowa w miarę stabilnym głosem, nieokraszonym emocjami, którymi nie chciałem się dzielić. I może właśnie dlatego tak wszystkich do ciebie ciągnęło... Byłeś gotowy na wszystko za całą tę miłość ci ofiarowaną - pomyślałem sobie ze zgrozą, jednocześnie zastanawiając się, co mogłem ja dać mu innego, wyjątkowego, lepszego, co nie dałaby mu taka Fontaine. Albo ten... Raziel? Miałem tylko cyrk i pełno obowiązków.
- ...i możesz dokończyć? Jaka myśl cię nachodzi? Chcę to usłyszeć, niezależnie od tego jak brutalne by nie było - stwierdziłem, nieco się podnosząc na łokciu by przejąć od Flynna butelkę i napić się jej zawartości. Unikałem jego spojrzenia, skupiając się na jego dłoni i alkoholu. Nie było trudno, bo ostre, mocne cholerstwo było, że aż wykrzywiło mi twarz, ale się nie szczędziłem. Może potrzebowałem się zgnoić, dowalić sobie uciążliwym pieczeniem przełyku i tym samym oczyścić własną duszę albo co. Poetą nie byłem, pisarzem też kiepskim, dlatego dorzucałem jedynie pomysły dla prawdziwej naszej scenarzystki.
Zaraz wróciłem na swoje miejsce, zagarniając dłoń Flynna dla siebie. Przyłożyłem ją do swojego serca, a właściwie do piersi, gdzie pod skórą, tkankami i kośćmi czy co tam było, znajdowało się moje serce. Chciałem tak zamrzeć, przemienić się w kamień albo coś podobnego, byleby tylko dalej być tak blisko z Flynnem, najlepiej na wieczność, a przede wszystkim by go do siebie nie zrazić, by zapomnieć o innych, których gościł w swoich ramionach. Ale tak się nie dało! Poza tym nawet gdybym miał możliwość... Nie zrobiłbym tego, dając mu wolność. Zawsze chciałem dla niego wolności i swobody, by nie bał się mówić, nie bał się ludzi, towarzystwa, miłości, niczego. By chłonął cały świat sobą bez obaw. I mógłbym sobie pluć w brodę, że tym samem poczyniłem błąd, ale nie, to nie był błąd. Sukces, który opłacałem z opóźnieniem własną miłością.
- Chciałem... Ale nie czuj się zobowiązany, Flynn - mówiłem właściwie do przestrzeni przed sobą, nie zamierzając pod żadnym pozorem zmieniać naszej pozycji. Wolałem zniknąć w jego ramionach, pod kołdrą niż ujrzeć te jego nierozumiejące spojrzenie czy urocze loki opadające mu na czoło. Za żadne skarby. Pod żadnym pozorem. - Marzyłem po prostu, że my... Że moglibyśmy być... tak oficjalnie... parą? Właściwie to miałem nadzieję, że już jesteśmy, ale... mam cyrk i rozumiem, że nie jestem w stanie dać ci świata, tylko ten cyrk, bo nie zostawię tego, ich wszystkich. To beznadziejne, ale czuję się zobowiązany, odpowiedzialny. I z pewnością nigdy nie będę Fontaine... - stwierdziłem, czując w sobie ten cały ból położenia, w którym byłem, o dziwo, tę marną osobę, którą widział w sobie Flynn. Czułem to, widziałem to, słyszałem. Byłem jednak pewien, że jakoś przez to przejdę i unormuję sytuację, tylko będę potrzebował trochę czasu. Tak, odrobinę czasu, może więcej, i wrócę do względnej normalności. Szczególnie kiedy Flynn zniknie i... zostanę sam. W pustej przyczepie i jeszcze bardziej pustym łóżku.
Bolało w piersi. To bolało w piersi. Aż odrzuciłem ramiona Flynna, odłożyłem je na bok, by ponownie napić się alkoholu. Potrzebowałem odwrócenia odwagi. Czegoś gorszego niż emocje? A może po prosty ich przytłumienia, oblania procentami, odpłynięcia w półświadomości?
@The Edge
Jeszcze nigdy nie miałem tak, że nie chciałem patrzeć w oczy swojemu rozmówcy. Te czasu nadeszły. Nie chciałem patrzeć w oczy Edge’a, mojego Flynna, w jego ciemne, błyszczące oczy. Nie byłem w stanie określić, czy były bardziej piwne, czy może brązowe, ale w tej chwili za nimi nie tęskniłem, obawiając się tego, co w nich ujrzę. Wolałem wyobrażać sobie w myślach ich wyraz albo tak naprawdę skupić się na samoocenie Flynna niż na jego oczach, jego wyrazie twarzy czy opinii na temat mojego upadku. I przede wszystkim oddychać, pamiętać o oddychaniu.
- Widzę w tobie dobro, Flynn. Wcale nie jesteś złym człowiekiem. Jesteś... idealny - zauważyłem, wypowiadając te słowa w miarę stabilnym głosem, nieokraszonym emocjami, którymi nie chciałem się dzielić. I może właśnie dlatego tak wszystkich do ciebie ciągnęło... Byłeś gotowy na wszystko za całą tę miłość ci ofiarowaną - pomyślałem sobie ze zgrozą, jednocześnie zastanawiając się, co mogłem ja dać mu innego, wyjątkowego, lepszego, co nie dałaby mu taka Fontaine. Albo ten... Raziel? Miałem tylko cyrk i pełno obowiązków.
- ...i możesz dokończyć? Jaka myśl cię nachodzi? Chcę to usłyszeć, niezależnie od tego jak brutalne by nie było - stwierdziłem, nieco się podnosząc na łokciu by przejąć od Flynna butelkę i napić się jej zawartości. Unikałem jego spojrzenia, skupiając się na jego dłoni i alkoholu. Nie było trudno, bo ostre, mocne cholerstwo było, że aż wykrzywiło mi twarz, ale się nie szczędziłem. Może potrzebowałem się zgnoić, dowalić sobie uciążliwym pieczeniem przełyku i tym samym oczyścić własną duszę albo co. Poetą nie byłem, pisarzem też kiepskim, dlatego dorzucałem jedynie pomysły dla prawdziwej naszej scenarzystki.
Zaraz wróciłem na swoje miejsce, zagarniając dłoń Flynna dla siebie. Przyłożyłem ją do swojego serca, a właściwie do piersi, gdzie pod skórą, tkankami i kośćmi czy co tam było, znajdowało się moje serce. Chciałem tak zamrzeć, przemienić się w kamień albo coś podobnego, byleby tylko dalej być tak blisko z Flynnem, najlepiej na wieczność, a przede wszystkim by go do siebie nie zrazić, by zapomnieć o innych, których gościł w swoich ramionach. Ale tak się nie dało! Poza tym nawet gdybym miał możliwość... Nie zrobiłbym tego, dając mu wolność. Zawsze chciałem dla niego wolności i swobody, by nie bał się mówić, nie bał się ludzi, towarzystwa, miłości, niczego. By chłonął cały świat sobą bez obaw. I mógłbym sobie pluć w brodę, że tym samem poczyniłem błąd, ale nie, to nie był błąd. Sukces, który opłacałem z opóźnieniem własną miłością.
- Chciałem... Ale nie czuj się zobowiązany, Flynn - mówiłem właściwie do przestrzeni przed sobą, nie zamierzając pod żadnym pozorem zmieniać naszej pozycji. Wolałem zniknąć w jego ramionach, pod kołdrą niż ujrzeć te jego nierozumiejące spojrzenie czy urocze loki opadające mu na czoło. Za żadne skarby. Pod żadnym pozorem. - Marzyłem po prostu, że my... Że moglibyśmy być... tak oficjalnie... parą? Właściwie to miałem nadzieję, że już jesteśmy, ale... mam cyrk i rozumiem, że nie jestem w stanie dać ci świata, tylko ten cyrk, bo nie zostawię tego, ich wszystkich. To beznadziejne, ale czuję się zobowiązany, odpowiedzialny. I z pewnością nigdy nie będę Fontaine... - stwierdziłem, czując w sobie ten cały ból położenia, w którym byłem, o dziwo, tę marną osobę, którą widział w sobie Flynn. Czułem to, widziałem to, słyszałem. Byłem jednak pewien, że jakoś przez to przejdę i unormuję sytuację, tylko będę potrzebował trochę czasu. Tak, odrobinę czasu, może więcej, i wrócę do względnej normalności. Szczególnie kiedy Flynn zniknie i... zostanę sam. W pustej przyczepie i jeszcze bardziej pustym łóżku.
Bolało w piersi. To bolało w piersi. Aż odrzuciłem ramiona Flynna, odłożyłem je na bok, by ponownie napić się alkoholu. Potrzebowałem odwrócenia odwagi. Czegoś gorszego niż emocje? A może po prosty ich przytłumienia, oblania procentami, odpłynięcia w półświadomości?
@The Edge