Mabel słuchała cioci z dość spokojną i zamyśloną miną. W międzyczasie sięgnęła po lemoniadę, którą Brenna przyniosła w koszyku i nalała sobie jej do kubka. Sądząc nieśpiesznie chłodny napój, wyobrażała sobie te wszystkie rzeczy z którymi muszą mierzyć się dorośli i na które ona niewiele mogła poradzić.
Może kiedy dorośnie, mogłaby pójść w ślady cioci Brenny i zostać aurorem, starać się walczyć ze złem tego świata. Póki co jednak instynktownie czuła, że to nie jest droga dla niej. Wolała sprawiać że rzeczy rosły, kwitły, stawały się, niż niszczyć czy atakować, nawet jeśli było to zapewne zło konieczne w pracy Aurora.
- Jejku... Nie wiedziałam. Myślisz, że to się powtórzy? - zapytała, myśląc o kolejnym święcie które miało się odbyć czyli Lithcie a potem reszcie świąt, które obchodzili czarodzieje w trakcie roku. Może niepotrzebnie je obchodzili? Może lepiej byłoby zostać w domach?
Roztargniona sięgnęła po kanapkę i ugryzła jej kilka gryzów, patrząc na majaczący w oddali zarys ogromnego zamku. Wyglądało na to, że właśnie zaczął się trening Quidditcha, bo nad boiskiem zaczęły śmigać w powietrzu sylwetki, ledwie plamki, uczepione mioteł. Z tej odległości, mogłyby to być równie dobrze ptaki. Sama Mabel nigdy jeszcze nie latała na prawdziwej miotle, chociaż oczywiście miała małą dziecięcą miotłę i czasem latała na niej wokół ogrodu u babki. Jednak ten model mógł unosić się co najwyżej półtora metra nad ziemią, więc czuła się już na niego trochę zbyt dorosła.
- Ty się... Nie boisz tam wchodzić? - zapytała jeszcze, myśląc o lesie, który znała od dzieciństwa, nagle pełnym wysokich drzew, ciemnych wykrotów i czających się w mroku nienazwanych okropieństw.