07.12.2023, 01:32 ✶
Przerzucała kufle i szklanki; tłukła się za ladą, czując na karku bezradny wzrok Francisa, który chciał pomóc, ale nie mógł. Wiedział, że nie wolno się wtrącać, bo szkło zamiast na podłodze, rozbije się na jego głowie. Że nie tylko Maeve będzie widziała czerwień przed oczami, ale i oni wszyscy, w wielu innych miejscach. Szukała czegoś, przekąski? A może ukojenia? Cokolwiek to nie było, niektóre burze trzeba było przeczekać, dać im pogrzmieć, dać im się wyszumieć.
Mogła sobie dać rękę uciąć, że Sauriel miał poczciwe zamiary. Gdyby określiła go w ten sposób przy innych, niechybnie wywołałaby w nich dysonans poznawczy, bo taki epitet nie pasował do postrachu, jaki siał wśród Ścieżek. A jednak mogła się założyć, że nie działałby na niczyją szkodę, jeśli chodzi o zebrane tu osoby. Wiedziała, że nie skrzywdziłby nikogo z nich, że nie był dla nich zagrożeniem. W żadnym kontekście, w najśmielszych snach.
A jednak nie potrafiła powstrzymać uczucia gorejącej zazdrości, która nosiła nią z takim impetem, że jedynie bogowie wiedzieli, jakim cudem mu jeszcze nie przywaliła. Tym cudem nie była nawet Lorraine, choć nie w smak jej były ich bójki i awantury, ani nie była nim też uczciwość. Wszystko związane z tą animozją było irracjonalne, nawet to, co trzymało Mewę w ryzach. Nawet to, że unosiła się tak w imieniu kogoś, kto tylko się nią bawi.
Próbowała udawać, że nie widzi tego pocałunku w czółko, bo po pierwsze sama dała im pomysł, a po drugie absurdalnym byłoby wszczynać wojnę o coś takiego. Przecież gdyby miała się bić o każdą, z którą miała coś wspólnego nocą, musiałaby skopać pół Nokturnu, bo Kościany nie cierpiał na brak klienteli. Zanurkowała pod ladą, ale o sekundę zbyt późno, by móc to wszystko zwyczajnie przeoczyć.
Słuchała planu działania jednym uchem. Głos Lorraine ją uspokajał i wkurwiał jednocześnie; wiła nie chciała, by zrobił się chaos i domysłów i teorii, a Maeve aż pod nosem musiała rzucić za późno, bo w głowie miała mętlik. Wszystko wydarzyło się za szybko, serce podskoczyło jej do gardła i nie chciało spaść na miejsce. Kto by pomyślał, że ktoś taki jak Mewa, nie będzie w stanie płynnie dostosować się do dynamicznie zmieniającej się sytuacji.
Wynurzyła się zza baru, kiedy Stanley mianował ją najlepszym kandydatem do humanitarnego podejścia. Gościu, pomyślała, mierząc go przeszywającym spojrzeniem. Gdybyś tylko wiedział, jakie pomysły krążą mi po głowie, ewakuowałbyś cały lokal.
Nie miała ochoty na świętowanie. Miała ochotę zagryźć kogoś, w drodze ugody coś, żeby uziemić nerwy szargające jej żołądkiem. Za barem nie znalazła nic sensownego, a ze wszystkich tu zebranych akurat ona nie mogła się znieczulić alkoholem. Aż się chciało przeklinać.
- Zgłodniałam od tego waszego pierdolenia - oświadczyła niezgodnie z prawdą, głośno uderzając otwartymi dłońmi w blat. Nie chciała jednak zwrócić na siebie uwagi, chciała się jedynie podeprzeć i podciągnąć, ale nie umiała teraz mierzyć swojej siły na zamiary. Przeskoczyła zgrabnie nad barem, miała wprawę, w Palarni robiła to notorycznie. Wylądowała miękko tuż obok Lorraine, która wsparła się wcale-nie-podejrzanie o kontuar akurat tam, gdzie buszowała Mewa. Chang bywała w ciemię bita, ale nie do tego stopnia. Wiedziała, że chce ją udobruchać, ale problem leżał w tym, że ona wcale nie chciała być teraz ugłaskana.
- Planujcie, co chcecie, ja i tak jestem od brudnej roboty. Tymczasem idę do domu zjeść obiad, bo przy tutejszym asortymencie skonam - oznajmiła, jasno zaznaczając, że świętowanie to chyba na razie bez niej. - I nie, nie mogę zadowolić się ogórkami - dodała, bo czuła zbliżające się kupczenie Stanleya, który będzie próbował ją przekonać do swoich przetworów. Poszłaby w zakład, że gdzieś tutaj je skitrał.
Musiała wyjść i się przejść, choćby na chwilę, bo wiedziała, że jeśli tutaj tak po prostu zostanie, to kogoś rozniesie. Przy okazji ten ktoś rozniesie też ją, bo bądźmy szczerzy, miała tutaj samych godnych przeciwników. Nie chciała się wyżywać na nikim, ani na żadnym meblu, bo szkoda było jej rozwalać lokal Borgina już pierwszego dnia. Poza tym była przekonana, że jak posiedzi chwilę ze swoimi kwiatkami, to jej przejdzie.
Udała się do wyjścia; ruszyła do drzwi żwawo, jakby nie miała zamiaru się z nikim pożegnać. Nie było to do niej podobne, bo skupiła się na tych drzwiach jak opętana, nie patrząc nikomu w oczy. Brnęła do celu.
Aż w końcu się zatrzymała.
- Aha, jeszcze jedno - odezwała się nagle, jakby sobie o czymś przypomniała. Uniosła jedną dłoń nieco, punktując nią powietrze, po czym odwróciła się gwałtownie na pięcie. Wtem zaczęła szarżować prosto na Lorraine, niewinnie wspartą o ladę, spodziewającą się wszystkiego i niczego jednocześnie. Wyglądała, jakby miała rozgnieść jej złotą głowę o blat za nią, dosłownie zmieść z powierzchni ziemi. Z oczu Mewy nigdy nie znikała pewność siebie, a teraz jeszcze mieszała się z gniewem.
Zderzyła się wręcz z Malfoyówną, łapiąc ją za fraki. Zacisnęła pięść na jej ubraniu, nieopodal szyi. Przyciągnęła ją do siebie sprawnym ruchem, uniosła na wysokość swojej twarzy i na ułamek sekundy pozostawiła ją tak, zawieszoną w niepewności. Z duszą na ramieniu.
Wreszcie ucięła ten przestrach i pocałowała dziewczynę. Ostentacyjnie, na pokaz. Złączyła ich usta na kilka chwil za długo, by można było to podpiąć pod czułe pożegnanie, okaz troski. Jakkolwiek głupie by to nie było, musiała pokazać, że też tak potrafi, a nawet lepiej. Choć doskonale wiedziała, że nikomu tutaj nie musi niczego udowadniać - nikomu oprócz siebie.
Bestia odstawiła wreszcie Piękną na ziemię, darząc ją dziwnym, rozgoryczonym spojrzeniem. Odsunęła się na krok, najpierw ociężale i nie śmiało, ale po chwili znów mknęła do wyjścia, jeszcze bardziej czując, że wcale nie chce tu teraz być.
- Może potem jeszcze przyjdę - rzuciła cichym głosem, który prawie utonął w hałasie głośno popchniętych drzwi.
Mogła sobie dać rękę uciąć, że Sauriel miał poczciwe zamiary. Gdyby określiła go w ten sposób przy innych, niechybnie wywołałaby w nich dysonans poznawczy, bo taki epitet nie pasował do postrachu, jaki siał wśród Ścieżek. A jednak mogła się założyć, że nie działałby na niczyją szkodę, jeśli chodzi o zebrane tu osoby. Wiedziała, że nie skrzywdziłby nikogo z nich, że nie był dla nich zagrożeniem. W żadnym kontekście, w najśmielszych snach.
A jednak nie potrafiła powstrzymać uczucia gorejącej zazdrości, która nosiła nią z takim impetem, że jedynie bogowie wiedzieli, jakim cudem mu jeszcze nie przywaliła. Tym cudem nie była nawet Lorraine, choć nie w smak jej były ich bójki i awantury, ani nie była nim też uczciwość. Wszystko związane z tą animozją było irracjonalne, nawet to, co trzymało Mewę w ryzach. Nawet to, że unosiła się tak w imieniu kogoś, kto tylko się nią bawi.
Próbowała udawać, że nie widzi tego pocałunku w czółko, bo po pierwsze sama dała im pomysł, a po drugie absurdalnym byłoby wszczynać wojnę o coś takiego. Przecież gdyby miała się bić o każdą, z którą miała coś wspólnego nocą, musiałaby skopać pół Nokturnu, bo Kościany nie cierpiał na brak klienteli. Zanurkowała pod ladą, ale o sekundę zbyt późno, by móc to wszystko zwyczajnie przeoczyć.
Słuchała planu działania jednym uchem. Głos Lorraine ją uspokajał i wkurwiał jednocześnie; wiła nie chciała, by zrobił się chaos i domysłów i teorii, a Maeve aż pod nosem musiała rzucić za późno, bo w głowie miała mętlik. Wszystko wydarzyło się za szybko, serce podskoczyło jej do gardła i nie chciało spaść na miejsce. Kto by pomyślał, że ktoś taki jak Mewa, nie będzie w stanie płynnie dostosować się do dynamicznie zmieniającej się sytuacji.
Wynurzyła się zza baru, kiedy Stanley mianował ją najlepszym kandydatem do humanitarnego podejścia. Gościu, pomyślała, mierząc go przeszywającym spojrzeniem. Gdybyś tylko wiedział, jakie pomysły krążą mi po głowie, ewakuowałbyś cały lokal.
Nie miała ochoty na świętowanie. Miała ochotę zagryźć kogoś, w drodze ugody coś, żeby uziemić nerwy szargające jej żołądkiem. Za barem nie znalazła nic sensownego, a ze wszystkich tu zebranych akurat ona nie mogła się znieczulić alkoholem. Aż się chciało przeklinać.
- Zgłodniałam od tego waszego pierdolenia - oświadczyła niezgodnie z prawdą, głośno uderzając otwartymi dłońmi w blat. Nie chciała jednak zwrócić na siebie uwagi, chciała się jedynie podeprzeć i podciągnąć, ale nie umiała teraz mierzyć swojej siły na zamiary. Przeskoczyła zgrabnie nad barem, miała wprawę, w Palarni robiła to notorycznie. Wylądowała miękko tuż obok Lorraine, która wsparła się wcale-nie-podejrzanie o kontuar akurat tam, gdzie buszowała Mewa. Chang bywała w ciemię bita, ale nie do tego stopnia. Wiedziała, że chce ją udobruchać, ale problem leżał w tym, że ona wcale nie chciała być teraz ugłaskana.
- Planujcie, co chcecie, ja i tak jestem od brudnej roboty. Tymczasem idę do domu zjeść obiad, bo przy tutejszym asortymencie skonam - oznajmiła, jasno zaznaczając, że świętowanie to chyba na razie bez niej. - I nie, nie mogę zadowolić się ogórkami - dodała, bo czuła zbliżające się kupczenie Stanleya, który będzie próbował ją przekonać do swoich przetworów. Poszłaby w zakład, że gdzieś tutaj je skitrał.
Musiała wyjść i się przejść, choćby na chwilę, bo wiedziała, że jeśli tutaj tak po prostu zostanie, to kogoś rozniesie. Przy okazji ten ktoś rozniesie też ją, bo bądźmy szczerzy, miała tutaj samych godnych przeciwników. Nie chciała się wyżywać na nikim, ani na żadnym meblu, bo szkoda było jej rozwalać lokal Borgina już pierwszego dnia. Poza tym była przekonana, że jak posiedzi chwilę ze swoimi kwiatkami, to jej przejdzie.
Udała się do wyjścia; ruszyła do drzwi żwawo, jakby nie miała zamiaru się z nikim pożegnać. Nie było to do niej podobne, bo skupiła się na tych drzwiach jak opętana, nie patrząc nikomu w oczy. Brnęła do celu.
Aż w końcu się zatrzymała.
- Aha, jeszcze jedno - odezwała się nagle, jakby sobie o czymś przypomniała. Uniosła jedną dłoń nieco, punktując nią powietrze, po czym odwróciła się gwałtownie na pięcie. Wtem zaczęła szarżować prosto na Lorraine, niewinnie wspartą o ladę, spodziewającą się wszystkiego i niczego jednocześnie. Wyglądała, jakby miała rozgnieść jej złotą głowę o blat za nią, dosłownie zmieść z powierzchni ziemi. Z oczu Mewy nigdy nie znikała pewność siebie, a teraz jeszcze mieszała się z gniewem.
Zderzyła się wręcz z Malfoyówną, łapiąc ją za fraki. Zacisnęła pięść na jej ubraniu, nieopodal szyi. Przyciągnęła ją do siebie sprawnym ruchem, uniosła na wysokość swojej twarzy i na ułamek sekundy pozostawiła ją tak, zawieszoną w niepewności. Z duszą na ramieniu.
Wreszcie ucięła ten przestrach i pocałowała dziewczynę. Ostentacyjnie, na pokaz. Złączyła ich usta na kilka chwil za długo, by można było to podpiąć pod czułe pożegnanie, okaz troski. Jakkolwiek głupie by to nie było, musiała pokazać, że też tak potrafi, a nawet lepiej. Choć doskonale wiedziała, że nikomu tutaj nie musi niczego udowadniać - nikomu oprócz siebie.
Bestia odstawiła wreszcie Piękną na ziemię, darząc ją dziwnym, rozgoryczonym spojrzeniem. Odsunęła się na krok, najpierw ociężale i nie śmiało, ale po chwili znów mknęła do wyjścia, jeszcze bardziej czując, że wcale nie chce tu teraz być.
- Może potem jeszcze przyjdę - rzuciła cichym głosem, który prawie utonął w hałasie głośno popchniętych drzwi.
Postać opuszcza sesję
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —