— Trochę zmęczony i trochę głodny — przyznał, wzruszając sztywno ramionami. Przecież nie opowie jej o tym, jak w noc Beltane uderzył z główki wiedźmę, a sny dotyczące tej potyczki do tej pory nawiedzały go co jakiś czas w snach. — P-powaga? — Przekrzywił głowę, przyglądając się chłopakowi z lekkim zdziwieniem. W sumie, za wiele się nie zmienił. — Dobrze wyglądasz. — Uśmiechnął się ciepło, pozwalając sobie na rzucenie paru komplementów. — I do twarzy ci w tej fryzurze.
Wiedział, że Brenna już raz zmieniła Charliemu wygląd za pomocą swoich czarów, jednak nie sądził, że znowu to zrobi. Może doszło do jakiegoś incydentu z udziałem młodego Rookwooda, który ukrywał się w posiadłości? Poczuł nieprzyjemne ukłucie w okolicy serca, gdy zdał sobie sprawę, że ponownie dowiedział się o zmianie jako ostatni. Zawsze na ostatnim miejscu. Taka to była piękna hierarchia w ich kręgu towarzyskim.
— Według gazet — sprecyzował Cameron, czerwieniąc się na twarzy. Wbił na moment wzrok w ziemię, nie bardzo wiedząc, co mógłby jeszcze powiedzieć. A może w ogóle lepiej było się nie odzywać? W gruncie rzeczy ostatnio lepiej mu wychodziło wchodzenie w rolę cichego partnera niż rozgadanego zawadiaki. — Ch-choociaż kto wie... Wiecie, jak to t-t-teraz jest. Świat się sz-szybko zmienia. Związki też sz-szybko... się rozwijają. — Zerknął na Charliego, a potem na Heather. — Dz-dzieci? — W jego oczach zawitała obawa, że znowu jest niepoinformowany. — Że... nasze dzieci?
Po chwili – wraz z kolejnymi słowami Charlesa – nadeszła jednak chwila konsternacji. Kto jak kto, ale Rookwood powinien wiedzieć jakie każde z nich miało podejście do dzieci. Beltane mogło być traumatycznym przeżyciem, ale nie zmieniło w ich podejście aż tak wiele. Mieli cieszyć się młodością i chociaż musieli nieco dojrzeć przez ostatnie zdarzenia, tak zamknięcie się w czterech ścianach z dzieckiem nie należało raczej do ich planów... Na przynajmniej najbliższe dziesięć lat.
Cameron wbił skonfundowane spojrzenie w Heather, zerkając co chwilę na Charliego. Dopiero wtedy w jego głowie zakwitła myśl, że może to nie jest ten sam Charlie, z którym przyjaźnił się od lat. Nie ten, który od miesięcy ukrywał się na poddaszu Longbottomów, a jakiś inny, z którym potencjalnie mogli się kiedyś spotkać na szkolnych korytarzach...
— H-heather? — wyszeptał do ucha Rudej, gdy w ich towarzystwie pojawił się kolejny facet zainteresowany towarzystwem Effy. — To nie jest nasz Charlie, p-prawda?
Jego policzki poczerwienieły, gdy tylko wypowiedział te słowa. Jakiej odpowiedzi by nie otrzymał i tak popisałby się kompletnym brakiem spostrzegawczości.