Można być skurwielem i kawałem drania. Można być przy tym skurwielem z zasadami. Nie każdy, kogo znał, musiał tkwić w tym wariatkowie, w tej zbieraninie specyficznych kreatur. Z Lorraine się zamierzał jeszcze rozliczyć i bardzo ładnie ją poprosić, żeby tak nie robiła. Nigdy. Ani. Razu. Więcej. Informacje i akcje, jakie się przetoczyły przez to miejsce, a teraz nieco rozluźniły (nieco, bo Leo nadrabiał za 10) stanowiły prawdziwą orkiestrę szałamaji i innych dud w głowie Sauriela. Czy go to przytłaczało - w żadnym wypadku. Natomiast łatwo było niektórych rzeczy nie zauważyć, inne pominąć. Idealnym rozwiązaniem byłoby przemawianie przez podniesienie ręki. Jak w przedszkolu. Ach, taka utopia byłaby piękna... musieli się zadowolić tym, co mają... a mieli naprawdę sporo. Szczególnie jak na początek. Sauriel nawet uśmiechnął się nieco pod nosem. Nawet pomimo tego, że Bellatrix szybko opuściła to miejsce (za co był jej wdzięczny wiedząc, jak nie toleruje mugoli) z klasą, nawet jak Nicholas się zwinął przed imprezą docelową - ale hej, no przecież to było w jego stylu. Nigdy nie był nadmiernie rozrywkowym kolegą. Ważne, że wiedział, że na tamtą dwójkę mógł liczyć. Tak jak i na parę innych osób, które niekoniecznie tutaj były. Które niekoniecznie mogłyby się wpasować... a już tamta dwójka Śmierciożerców była wątpliwym wyborem. Nie dlatego, że im nie ufał. Dlatego, że nie wziął tego czynnika absurdalnego chaosu, jaki się tu może stać, kiedy wciśniesz do jednego miejsca tyle przeróżnych osobistości. Bo każdy tu był inny. Ten kocioł Bałkański - on miał przetrwać. Miał coś zbudować. Miał im wszystkim służyć. Mieli sobie wzajem służyć.
Sauriel zaczął od tego, by z bożej [Maewe] łaski pocałować Lorraine w czoło. Delikatnie. Swoimi miękkimi, zimnymi nieprzyjemnie wargami. Tak samo jak nieprzyjemnie zimne miał dłonie. W końcu był trupem. Trupem, który mógł być tarczą dla każdej tutaj osoby. Mieczem wycelowanym we wrogów. Tak, wszystko wymagało pewnych przysiąg - ale tych, które zapisywane były w umysłach. Które wypowiadały wargi i przyjmowały uszy - nie tych, które pisane były różdżkami i świetlistymi wiązkami. To mogło jebnąć. Oczywiście, że mogło. Mogli wszyscy zostać beznadziejnymi straceńcami - z wielu powodów ludzie cenili sobie tu niezależność. Jakby Sauriel był oczytany, mądry, prezentował sobą jakiś poziom, to może zamiast prostej, topornej mowy, że KURWA ON COŚ TU ZNACZY I JEGO SŁOWO powiedziałby piękne samotny wilk umiera, podczas gdy stado przeżyję... Ale przecież nie był. Nawet kiedy puścił Lorraine i ta zaczęła swoją mowę, spoglądając uważnie na Stanleya, na jego minę, na to, że był spokojny. Taki się wydawał. Ale był zadowolony? Z tego, że rzucił pracę w Ministerstwie i przyszedł tutaj? Naprawdę? Można być zadowolonym z degradacji swojego życia? Stanął przy nim. Stanął, by spojrzeć na wszystkich obecnych i wznieść wysoko w geście toastu szklankę.
- Za naszą nową, wspaniałą ekipę. - Z tą wspaniałą to był trochę sarkazm, ale żartobliwy. Klepnął dwa razy Stanleya w plecy (i to nie tak, żeby mu wybić płuca) i poszedł po swoją gitarę, żeby usiąść na stołku. - Czy ja kurwa mam wam grać szanty? - Zapytał już z autentycznym uśmiechem i rozbawieniem co do tego. Skoro to głębina... nie to, żeby znał dużo szant. Właściwie prawie nie znał. Ale różne dziwne rzeczy grali - szczególnie na Nokturnie. I myślicie, że żartował? Ano nie! Naprawdę zagrał im tutaj Morskie Opowieści. Zresztą - co za różnica, co grasz i śpiewasz. Ważne, żeby bujało. A ten utwór był raczej na tyle popularny, że chyba każdy go słyszał choć raz. No może Stanley nie. Ale Stanley wpatrywał się przez godzinę dziennie w ogórki, żeby nie uciekły z doniczek. Marne to porównanie.
Jeśli was to pocieszy - potem przeszedł do normalniejszych utworów. Albo wręcz - grania na życzenie.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.