03.12.2023, 22:11 ✶
Bywałem typem hazardzisty, pokerzysty i niemałego bezbożnika, jeśli chodziło o relacje międzyludzkie. Czy to damsko-męskie, czy męsko-męskie. Nie robiło mi to różnicy, szczególnie jeśli chodziło o namiętne orgie, ale z kolei w kategoriach aktualnego ułożenia planet oraz naszego spotkania - mojego oraz Elaine - była ważniejsza kategoria tych relacji damsko-męskich.
W odpowiedzi na jej ruch, delikatne, niewinne może, choć trochę tak z pazurem, z lekką odwagą i butnością, pochylenie się w moim kierunku, nie pozostałem dłużny. Również oparłem się swoim łokciem obleczonym w elegancką, pierwszy raz w życiu założoną marynarkę, bo z reguły nie zakładałem dwukrotnie tego samego, bo to przecież byłoby poniżej mojej godności. Przysunąłem się jeszcze nawet bliżej, wysłuchując słów o swojej hipokryzji z niemałą rozkoszą w ustach. Elaine miała w sobie coś tak... niezwykle uroczego, co sprawiało, że nie byłem w stanie o niej zapomnieć. Dlatego została obiektem, jak to określałem, mojej fascynacji.
- Żadna hipokryzja, tylko prawa spisane lata temu przez jakiegoś durnia, ale obowiązują i działają, więc z nich korzystam. Nie uważasz, że to mądre, rozważne posunięcie? - zapytałem ją rzeczowo, skoro chciała grać taką mądrą i wykształconą dziewczynkę, kobietę właściwie, na domiar używającą bardzo trudnych słów. Nie umniejszałem jej z tym, że tej edukacji nie otrzymała, bo to nie jej wina, poza tym potrafiła się dostatecznie dobrze wysławiać. Nie stosowała rynsztokowych frazesów. A poza tym była przy tym słodka i urocza.
- Poza tym to nie jest tak, że idea czystości krwi odrzuca możliwość zakochania się, miłości i szczęścia, jak to określiłaś. Ja, lata temu w dalekie Turcji zakochałem się w pewnej kobiecie... ówcześnie młodej dziewczynie, dopiero wchodzącej w dorosłość. Na początku, cóż, przyjaźniliśmy się, ale zbliżyło nas do siebie uczucie bardzo, cóż, głębokie. Zdecydowanie wzajemny szacunek i chęć osiągnięcia rzeczy wielkich, ale to nieistotne. Kobieta, o której wspominam, została moją małżonką, więc miłość jest dozwolona - zauważyłem, pomijając te wszelkie pretensje moim teściów, ich właściwie niezadowolenie i swoją batalię o to by w końcu ją poślubić. Cóż, nasza wpadka była dosadnym argumentem, ale nie wydzielałem tego jako pierwszą kartę w przetargu. Swoją godność miałem, więc pozostawiłem na tę ostateczną ostateczność, tajną broń, którą niestety musiałem wytoczyć.
- Ale powiedz mi o tym Laurencie, bo miło to tak, jakby niedostatecznie odpowiednio, godnie... Mogę mu dać wskazówki, w jaki sposób powinien postępować z kobietami, jeśli cię zawiódł czy wydarzyło się coś podobnego - zasugerowałem, po czym uśmiechnąłem się nieznacznie, ale w tym uśmiechu była nutka smutku. Ale nie zamierzałem zasmucać dziewczęcia rodzinnymi konfliktami. - Moja droga, czy zasłużyłem na drugą porcję lemoniady? Jest wybitnie dobra - odparłem już zaraz, aby przypadkiem nie zapadła niezręczna cisza.
W odpowiedzi na jej ruch, delikatne, niewinne może, choć trochę tak z pazurem, z lekką odwagą i butnością, pochylenie się w moim kierunku, nie pozostałem dłużny. Również oparłem się swoim łokciem obleczonym w elegancką, pierwszy raz w życiu założoną marynarkę, bo z reguły nie zakładałem dwukrotnie tego samego, bo to przecież byłoby poniżej mojej godności. Przysunąłem się jeszcze nawet bliżej, wysłuchując słów o swojej hipokryzji z niemałą rozkoszą w ustach. Elaine miała w sobie coś tak... niezwykle uroczego, co sprawiało, że nie byłem w stanie o niej zapomnieć. Dlatego została obiektem, jak to określałem, mojej fascynacji.
- Żadna hipokryzja, tylko prawa spisane lata temu przez jakiegoś durnia, ale obowiązują i działają, więc z nich korzystam. Nie uważasz, że to mądre, rozważne posunięcie? - zapytałem ją rzeczowo, skoro chciała grać taką mądrą i wykształconą dziewczynkę, kobietę właściwie, na domiar używającą bardzo trudnych słów. Nie umniejszałem jej z tym, że tej edukacji nie otrzymała, bo to nie jej wina, poza tym potrafiła się dostatecznie dobrze wysławiać. Nie stosowała rynsztokowych frazesów. A poza tym była przy tym słodka i urocza.
- Poza tym to nie jest tak, że idea czystości krwi odrzuca możliwość zakochania się, miłości i szczęścia, jak to określiłaś. Ja, lata temu w dalekie Turcji zakochałem się w pewnej kobiecie... ówcześnie młodej dziewczynie, dopiero wchodzącej w dorosłość. Na początku, cóż, przyjaźniliśmy się, ale zbliżyło nas do siebie uczucie bardzo, cóż, głębokie. Zdecydowanie wzajemny szacunek i chęć osiągnięcia rzeczy wielkich, ale to nieistotne. Kobieta, o której wspominam, została moją małżonką, więc miłość jest dozwolona - zauważyłem, pomijając te wszelkie pretensje moim teściów, ich właściwie niezadowolenie i swoją batalię o to by w końcu ją poślubić. Cóż, nasza wpadka była dosadnym argumentem, ale nie wydzielałem tego jako pierwszą kartę w przetargu. Swoją godność miałem, więc pozostawiłem na tę ostateczną ostateczność, tajną broń, którą niestety musiałem wytoczyć.
- Ale powiedz mi o tym Laurencie, bo miło to tak, jakby niedostatecznie odpowiednio, godnie... Mogę mu dać wskazówki, w jaki sposób powinien postępować z kobietami, jeśli cię zawiódł czy wydarzyło się coś podobnego - zasugerowałem, po czym uśmiechnąłem się nieznacznie, ale w tym uśmiechu była nutka smutku. Ale nie zamierzałem zasmucać dziewczęcia rodzinnymi konfliktami. - Moja droga, czy zasłużyłem na drugą porcję lemoniady? Jest wybitnie dobra - odparłem już zaraz, aby przypadkiem nie zapadła niezręczna cisza.