Była przecież tą efemeryczną nimfą, o włosach barwy łanów zboża, oczach przejętych błękitem i smukłej, niewysokiej sylwetce – bardziej jak mara oddychająca marzeniami, aniżeli faktycznie cielesna istota. Rzeczywistości dodawało jej jedynie usposobienie – w żaden sposób nienaznaczone tajemnicą, czysta krystalicznie i o wrażliwości zgoła większej niż cały masyw panien brylujących na bankietach. Ona przecież nie pojawiała się na salonach, a snobistyczna uwertura nijak się jej nie imała – była przecież schowana w cieniu wyższych rangą, otoczona ciepłem jedynie bliskich i jedynie o paru galeonach szeleszczących w kieszeni – żyła z Alastorem skromnie, żeby nie rzec biednie, jednak nigdy nie narzekała na swój los; kuzyn przyjął ją w końcu pod swoje ramiona, gdy jej rodzice wydali ostatnie tchnienie.
Kochała go w sposób zdrowy i rodzinny, jednak większą niż miłość, dzierżyła wdzięczność wobec niego i jego starań w zrozumieniu nastrojów i problemów życiowych młodego dziewczęcia, ledwie przekraczającego próg dwudziestu wiosen (a może i zim?).
Choć była rusałką o obliczu świeżym i wartościach niezachwianych, nie budziła nadmiernego zainteresowana płcią przeciwną. Raczej wycofana niż skłonna do podbojów – pocałunek z jej warg ściągnął dopiero Theodore na jednym z balów wiosennych, nakładając nań niemą obietnicę. I myślała o nim gorliwie i często; naiwna w całej okazałości, wierzyła we wszystkie teorie spiskowe, którymi ją karmił. Był jej pierwszą drobną miłostką i jego brak czynił w głowie niespokojnie.
– Nie. Nie wiem. To znaczy, chyba tak – wydukała na pytanie Heather.
Billy przecież zajął jej myśli tak, jakby należały do niego, a ona, miękka i kowalna, poddawała się tym myślom bez jakiegokolwiek zawahania. Kochliwa w swojej naturze, posiadała wiele miłości na przestrzeni lat; Alastor często powtarzał, że powinna rozsądniej lokować swoje uczucia – ona jednak nie potrafiła pohamować podrygów młodego, dziewczęcego serca, które recytowały każdy ruch, którego się podejmowała. W gruncie rzeczy na to właśnie czekała: aż pewien kawaler zdejmie z jej ust obietnicę, zaznaczy palec nicią obrączki i do którego będzie gotowa powiedzieć sakramentalne „tak”.
Wbiła wzrok w płomienie, analizując zastające ją kształty, w które formowały się języki ognia. Przez moment zawisła w próżni, zupełnie nieprzytomna, zahipnotyzowana tym, co zobaczyła. Uduchowiona i pełna mistycyzmu, wiedziała, iż jest to pewien omen, wobec którego przepowiednie były bezwzględne; kto wszakże mógłby sprzeciwić się losowi wypisanemu między gwiazdozbiorami?
Z letargu wyrwało ją ramiona oplatające ją i Heather; nie drgnęła nawet, jedynie przekrzywiła głowę, aby zobaczyć oblicze mężczyzny.
– Charlie! – rzuciła jowialnie, na usta wciągając urokliwy uśmiech, który zaznaczył się dołeczkami w pyzatych policzkach. Po chwili wywinęła się z jego uścisku, odwracając się ku niemu, zupełnie jakby chciała dostrzec różnice między jego personą w Hogwarcie a obecną. Na pewno zmężniał; nie był już chłopcem. – Ile się nie widzieliśmy? Chyba wieczność i jeszcze trochę – zaświergotała, nie odsuwając lepkiego wzroku z jego sylwetki.
– Och, Cami! Jak się miewasz? – zagaiła radośnie, oczy kierując na wianek, który znalazł się na czubku głowy Heather. – Też bym chciała wianek – rzekła, spoglądając rzeczowo na Charlesa.