02.12.2023, 06:25 ✶
Uśmiechnął się do Laurenta pięknie. W ten miękki, delikatny sposób, który zdarzał mu się nad wyraz rzadko i tylko przy nielicznych. Chyba nawet nie był do końca świadomy tego, że okazjonalnie tego typu wyraz wkradał się w kąciki jego ust czy oczu, nadając mu zupełnie innej powierzchowności od tej typowej, nieco topornej i chropowatej, pokrytej łuskami i posiadającej znamiona wyższości. Może gdyby się nad tym odrobinę chociaż zastanowił, to dopatrzyłby się w tym pewnej prawidłowości, że te delikatne uśmiechy posyłał tym, którzy sami wydawali się delikatni. Którzy na swój sposób skradli mu fragmenty serca i teraz trzymali je przy sobie, a mimo tego nie odbierał tego jako straty.
Leviathan chętnie by się z nim posprzeczał, że wcale nie udawało mu się zachować samego siebie. Nie teraz, nie w ostatnim okresie, kiedy tak męczyły go ramy, w które chciał zamknąć go jego ojciec. Nie kiedy wyraźnie się w nich nie mieścił, z utęsknieniem chcąc rozłożyć znowu skrzydła ku wolności, a jednocześnie coś trzymało go przykutego do ziemi. Przez krótki moment w jego oczach pojawiła się ta tęsknota, a goszczący na ustach lekki uśmiech zmienił się w wyrazie, przyjmując znamiona smutku. Wystarczyło jednak uderzenie serca, by obie te rzeczy rozmyły się, wracając do poprzedniej formy, kiedy Laurent znowu się odezwał.
Wręcz przeciwnie - stało się tak wiele. I miało stać się jeszcze więcej, ale Rowle nie chciał naciskać. Nie kiedy widział, że Laurent zwyczajnie nie chciał o tym więcej rozmawiać i potrzebował czegoś innego niż drążących słów.
- Tak jak niebo całuje morze - powiedział chyba bardziej do siebie niż do niego, wyłapując jednak zręczne nawiązanie do tego, co sam wcześniej powiedział. Podniósł się z lekkim uśmiechem ze swojego miejsca, powolnym, leniwym wręcz krokiem pokonując tę niewielką odległość, która dzieliła fotele które przed chwilą zajmowali. - To zależy - wzruszył ramionami wręcz beztrosko, zatrzymując się przed nim krok, może dwa. - Myślisz, że to by w czymś pomogło? - zapytał, uśmiechnąwszy się pod nosem, żeby zaraz pochylić się nad nim i oprzeć dłońmi o podłokietniki zajmowanego przez selkie fotela. - Zatem niech będzie kawa - zakomunikował i praktycznie nie musiał mówić nic więcej, bo jego skrzat wiedział kiedy powinno być widać i co robić. Coś pstryknęło i zaszurało cicho, ledwo słyszalnie za ścianą.
Leviathan w ogóle się tym nie przejmował, całą swoją uwagę koncentrując na znajdującym się przed nim Laurencie i zaglądając mu w te błękitne, czarujące oczy. Nawet jeśli brzmiało to naprawdę płasko, to chętnie i często porównywał ich barwę do morskich fal, bo tkwiąca w tym prawda była dla niego niezwykle wręcz urzekająca. Tak samo miła, jak porównywanie jego do czystego, bezchmurnego nieba. Tak jakby Matka wraz z narodzinami zamknęła w nich to, co oboje kochali najbardziej lub co było ich naturą.
- Prysznic? Aż tak obcesowo sugerujesz mi, że śmierdzę? - zapytał, niby to rozgniewany, z jedną szorstką nutą pobrzmiewającą w jego głowie, która zaraz przeobraził się w wyraźne rozbawienie. - Ale może masz rację. O pomoc nie śmiem prosić, ale skoro już sam postanowiłeś się zaoferować? - słowa przycichły, pod koniec zniżając się do delikatnego szeptu, tak samo jak i jego twarz przybliżyła się do Prewetta. Spojrzenie Leviego opadło nieco, prześlizgując po twarzy Laurenta, zastygając na moment w jednym punkcie, aż w końcu pokonał ostatnie dzielące ich centymetry, by złożyć na jego ustach delikatny, acz jakże czuły pocałunek.
Leviathan chętnie by się z nim posprzeczał, że wcale nie udawało mu się zachować samego siebie. Nie teraz, nie w ostatnim okresie, kiedy tak męczyły go ramy, w które chciał zamknąć go jego ojciec. Nie kiedy wyraźnie się w nich nie mieścił, z utęsknieniem chcąc rozłożyć znowu skrzydła ku wolności, a jednocześnie coś trzymało go przykutego do ziemi. Przez krótki moment w jego oczach pojawiła się ta tęsknota, a goszczący na ustach lekki uśmiech zmienił się w wyrazie, przyjmując znamiona smutku. Wystarczyło jednak uderzenie serca, by obie te rzeczy rozmyły się, wracając do poprzedniej formy, kiedy Laurent znowu się odezwał.
Wręcz przeciwnie - stało się tak wiele. I miało stać się jeszcze więcej, ale Rowle nie chciał naciskać. Nie kiedy widział, że Laurent zwyczajnie nie chciał o tym więcej rozmawiać i potrzebował czegoś innego niż drążących słów.
- Tak jak niebo całuje morze - powiedział chyba bardziej do siebie niż do niego, wyłapując jednak zręczne nawiązanie do tego, co sam wcześniej powiedział. Podniósł się z lekkim uśmiechem ze swojego miejsca, powolnym, leniwym wręcz krokiem pokonując tę niewielką odległość, która dzieliła fotele które przed chwilą zajmowali. - To zależy - wzruszył ramionami wręcz beztrosko, zatrzymując się przed nim krok, może dwa. - Myślisz, że to by w czymś pomogło? - zapytał, uśmiechnąwszy się pod nosem, żeby zaraz pochylić się nad nim i oprzeć dłońmi o podłokietniki zajmowanego przez selkie fotela. - Zatem niech będzie kawa - zakomunikował i praktycznie nie musiał mówić nic więcej, bo jego skrzat wiedział kiedy powinno być widać i co robić. Coś pstryknęło i zaszurało cicho, ledwo słyszalnie za ścianą.
Leviathan w ogóle się tym nie przejmował, całą swoją uwagę koncentrując na znajdującym się przed nim Laurencie i zaglądając mu w te błękitne, czarujące oczy. Nawet jeśli brzmiało to naprawdę płasko, to chętnie i często porównywał ich barwę do morskich fal, bo tkwiąca w tym prawda była dla niego niezwykle wręcz urzekająca. Tak samo miła, jak porównywanie jego do czystego, bezchmurnego nieba. Tak jakby Matka wraz z narodzinami zamknęła w nich to, co oboje kochali najbardziej lub co było ich naturą.
- Prysznic? Aż tak obcesowo sugerujesz mi, że śmierdzę? - zapytał, niby to rozgniewany, z jedną szorstką nutą pobrzmiewającą w jego głowie, która zaraz przeobraził się w wyraźne rozbawienie. - Ale może masz rację. O pomoc nie śmiem prosić, ale skoro już sam postanowiłeś się zaoferować? - słowa przycichły, pod koniec zniżając się do delikatnego szeptu, tak samo jak i jego twarz przybliżyła się do Prewetta. Spojrzenie Leviego opadło nieco, prześlizgując po twarzy Laurenta, zastygając na moment w jednym punkcie, aż w końcu pokonał ostatnie dzielące ich centymetry, by złożyć na jego ustach delikatny, acz jakże czuły pocałunek.