02.12.2023, 00:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2025, 11:53 przez Lorraine Malfoy.)
Na luzie skipnijcie wszystko poza dialogami jeżeli nie jesteście Saurielem i Maeve bo reszta tylko for fun jak ktoś chce się pośmiać z ekstremalnej paranoi tej debilki:
Jeżeli zimne spojrzenie Yaxleya miało zniechęcić Malfoyównę do dalszej dyskusji, zaznaczyć ogrom groźnej dominacji tego potężnego, statecznego mężczyzny nad wiotką półwilą targaną wiatrem i emocjami, albo też pokazać jej, że stanowi realne zagrożenie, z którym powinna się liczyć, no cóż, widać, że w Hogwarcie nie uczyli matematyki, ponieważ to Nicholas się przeliczył – bo Lorraine w obliczu rychłej śmierci co najwyżej robiła się mokra (bardziej niż zwykle), a kiedy ktoś wpatrywał się w nią morderczym wzrokiem, za którym kryła się jawna intencja zrobienia jej krzywdy, gotowa była prowokować go w nieskończoność (Sauriel, ekhem), albo wręcz zaprosić do swojej alkowy..........
............Tylko po to, żeby na szczycie orgazmu gwałtownie włamać się do jego umysłu, dokonać za pomocą legilimencji bolesnej wiwisekcji najgorszych, najbardziej atawistycznych części psyche, skazując nieszczęśnika na wieczystą rekurencję z najstraszliwszych wspomnień w akompaniamencie wymyślnych wizji czystego cierpienia – tym bardziej przerażającego, bo nie sposób było powiedzieć, gdzie się rozpoczyna, a gdzie kończy, czy to wszystko dzieje się tylko w głowie ofiary, czy ta fizyczna udręka jest równie prawdziwa, i pozostawi trwałe ślady na sieci neuronalnej pieszczonej rączką Lorraine, owocując w przyszłości jakąś neuralgią, zespołem bólowym lub paraliżem – tylko po to, by ostatecznie skończyć z tym pierdoleniem (dosłownie i w przenośni) i doszczętnie zniszczyć całą tę subtelną strukturę ludzkiego umysłu, co finalnie pozostawiało przeciwnika Lorraine w stanie negliżu – i śmierci mózgowej.
Czy coś, nie wiem, jestem zdecydowanie zbyt nieśmiała na eroski.
Taki Nicholas nie byłby dla niej wcale wyjątkowy – Lorraine złamała już wiele męskich (i nie tylko) umysłów w taki sposób, choć zawsze zostawiała w swoich ofiarach iskierkę życia – nie po to, by móc żyć bez wyrzutów sumienia, choć to też było zaletą jej metodologii, ale po to, by nikt nie mógł powiązać półwili z nowym, „wegetacyjnym” stanem jej ofiar, tak jak wtedy, kiedy Murtagh zasugerował jej, aby zajęła się znienawidzonym przezeń ojcem Diany Mulciber („zlecił” byłoby tutaj nieodpowiednim słowem, w końcu ich relacja dawno już przestała się mieścić w ramach zwykłej interesowności, a oni przywykli dbać o tę drugą osobę nie tylko w sferze biznesowej ale i bardziej prywatnej), który to na krótko po intymnym spotkaniu z Lorraine popełnił samobójstwo – tak, aby wszyscy myśleli, że nieszczęśnik całował się z języczkiem z jakimś slutty dementorem w podejrzanym zaułku, a nikt nie śmiał nawet podejrzewać, że za atakiem mogła stać słodka, niewinna wila.
Brakowało jeszcze tylko, by ktoś powiedział jej, że jest grzeczną dziewczynką, o tak.
Ciężar dłoni Maeve opartych na ramionach Lorraine był kotwicą osadzającą kobietę w rzeczywistości – nie tylko na dnie tych kanałów, w Głębinie, gdzie każdy element wystroju zachęcał do snucia marynistycznych porównań i śpiewania szant o przygodach gromadki awanturników z tonącego statku, którzy na końcu każdej z piosenek odkrywali, że prawdziwym skarbem, jaki zdobyli, nie była skrzynia ze złotem, a wierni przyjaciele poznani w trakcie tych wszystkich szaleńczych wojaży does that ring a bell? – ile to razy tylko obecność Maeve pozwalała jej nie zwariować? Tylko u jej boku potrafiła zapomnieć o chorobliwej potrzebie kontroli wszystkiego dookoła, odrzucić bezwzględną kalkulację na rzecz spontaniczności, i dać się ponieść.
Normalnie, Malfoy każdy swój krok planowała z wyrachowaniem mistrza magicznych szachów, świadomie dostosowując tempo do przeciwnika, z każdej społecznej interakcji czyniąc swoisty taniec: raz pozwalając sobie na więcej, to znów – wycofując się, do taktu.
Kiedy zaś była z Maeve, mimowolnie dostrajała swoje ciało do rytmu, z jakim biło serce przyjaciółki.
Myślała o ostatnim święcie Lithy, o ogniu, którego płomienie odbijały się w oczach jej słodkiej towarzyszki, rozświetlając je feerią barw bardziej szaloną niż zwykle; o wściekłej pożodze w piersi, która nie mogła być wynikiem wyłącznie braku tchu po tanecznych pląsach w kręgu ognisk.
Zaś jej własne serce? Z Saurielem tańczyło jak zahipnotyzowane tango i walczyka czy co tam chciał. A z Maeve… – nie zawsze wyglądało to jednak tak pięknie jak teraz, kiedy stały głowa przy głowie, w idealnej harmonii – z nią serce po prostu waliło jak oszalałe, uderzając z taką samą częstotliwością, z jaką oczy pani metamorfomag zmieniały delikatnie barwę, albo kiedy znów jakiś kolor zaczynał mienić się inaczej w jej włosach… Tak jakby Lorraine przeżywała permanentny zawał.
Co za ironia, biorąc pod uwagę, że to ona była ekspertką w łamaniu serca przyjaciółki. Bogowie wiedzą, że przy Maeve potrafiła być tak cholernie irracjonalna i lekkomyślna, że aż zdejmowało ją później obrzydzenie wobec samej siebie… Bo to ona wypadała na tę bardziej żałosną, tę bardziej zależną od tej drugiej w tym układzie, choćby nie wiem jak przekonywała się, że tak, potrafi manipulować sympatią Changówny, i jej żałosną skłonnością do wybaczania Malfoy najgorszych, najbardziej okrutnych słów. Bo najbardziej żałosne z tego wszystkiego było to, że to przecież Lorraine nieustannie do niej wracała, jak gdyby nigdy nic, po tym jak kilka dni wcześniej obijała się od ścian mieszkania, miotała się w jej łagodnych, acz stanowczych objęciach, dręczona wstydem, wątpliwościami i… Nie potrafiła tego zdefiniować, ale chyba bała się swojej własnej słabości, kiedy opuszczała przed Maeve gardę.
Nie była przyzwyczajona do tego, że sprawy mogą się mieć dobrze; za bardzo nawykła do tego, że wszystko w jej życiu musi być okupione cierpieniem, że tylko ta najtrudniejsza droga jest słuszna, a każda inna – każda, która nie wiązałaby się z jakąś osobistą agonią; każda, która byłaby łatwiejsza – rodziła w niej nieufność, i rekurencję wątpliwości... bo jeżeli coś przychodziło jej za łatwo, nie czuła się, by na to zasługiwała. Jeżeli coś przychodziło jej za łatwo, testowała to na wszelkie możliwe sposoby; poddawała nieskończonym analizom to, co normalnie wzięłaby za pewnik, tylko po to, by za którymś razem przegiąć, i tym samym – bezpowrotnie zniszczyć perspektywę lepszej przyszłości.
Obawiała się, że właśnie w taki sposób dotarła na skraj wytrzymałości Sauriela Rookwooda.
Był zły. Widziała to po sposobie, w jakim nagle ściągnął brwi, po ledwie zaznaczonej zmarszczce kontemplacji na środku czoła, która natychmiast wygładziła się, kiedy skupił na niej wzrok. Widziała to po sposobie, w jaki zbliżył się do niej i do Maeve, miękko jak kot, ale i jak jakiś groźny drapieżnik. Widziała też, że się hamował, bo zdążyła już poznać prawdziwy wymiar jego gniewu. Jeżeli gwałtowne wybuchy wściekłości Lorraine wydawały się wykalkulowane, jakby nawet najbardziej pierwotne z targających nią uczuć musiało być wcześniej umówione na konkretny termin w jej planie dnia, tak złość Sauriela była bardziej pierwotna, ale i bardziej metodyczna jednocześnie; inna – bardziej niszczycielska, a jednocześnie cichsza, nie pojawiała się bez prowokacji, choć jego ledwo wyczuwalna obietnica spowijała mężczyznę niby druga skóra. Jakaś śmiertelna konsekwencja tkwiła w jego ruchach, diabelna celowość w każdym z jego kroków; westchnęła ciężko, kiedy złamał ich niepisany traktat o nietykalności, który zawiązali bez zbędnych słów tamtej nocy, gdy zgodzili się na współpracę.
Gdyby na miejscu Sauriela znajdował się w tym momencie każdy inny mężczyzna, Lorraine spodziewałaby się, że ten zada cios: najpewniej, że zdzieli ją w twarz na odlew – bo ta z pięknej bardzo szybko stawała się nienawistną temu, kto był zdolny uwolnić się spod jej czaru – a że jej ciało było słabe, chociaż w takiej sytuacji zrobiłaby wszystko, by wyrwać się z uścisku przeciwnika, zapewne zmuszona by została uznać całe zajście za nieuchronny element ryzyka zawodowego i po prostu ze wstydem zaaplikować jakiś eliksir na siniaki… I chociaż Lorraine dalej nie znała różnicy między Czarnym Kotem a Czarnym Panem przez ostatni miesiąc zdążyła wyczerpać pomysły na możliwe scenariusze swojej niechybnej śmierci z łapek Rookwooda, to znów – to wciąż był Sauriel, który zdecydowanie różnił się od wszystkich znanych jej mężczyzn, więc przecież by jej nie uderzył (co najwyżej zamordował na miejscu, ale zakładała, że lubił ją na tyle, by zrobić to bezboleśnie); ten sam Sauriel, za którym czasem mimowolnie podążała spojrzeniem w szkole, ten sam, z którym lubiła grywać w szachy; ten sam, który wciągnął ją przy pierwszym spotkaniu po latach w zorganizowaną działalność przestępczą…
Wystarczy powiedzieć, że nie potrafiła, i nie chciała się mu opierać, bo jaki miałoby to sens? Wystarczyło, że łypnął na nią tymi czarnymi oczyma, w których czasem nie potrafiła odróżnić źrenicy od tęczówki, używając tego swojego groźnego spojrzenia, od którego drżały jej nogi, i to w gruncie rzeczy całkiem efektywnie zmuszało ją do ulegania mu i w konsekwencji zmiany strategii – w tym momencie on robił swoje, jak zwykle popędliwy, i strasznie arogancko pewny swoich umiejętności, a ona poszukiwała nowych wybiegów na przekonanie go do swoich racji, jednocześnie modląc się, żeby debilowi wystarczyło tym razem wszystkich jego kocich żyć… Oczywiście, ona tym groźbom nie pozostawała dłużna, bo tyle samo razy co on jej groził, ona bezwstydnie go prowokowała, ale obecny status quo od kilku tygodni zakładał, że byli dla siebie niemal po ludzku mili i traktowali się z szacunkiem(!!), więc to ponowne starcie ich charakterów po tak długim okresie bez kłótni wydało się jakieś takie… niebezpieczne.
Lorraine już uruchamiała w głowie plan pod tytułem szybka minimalizacja strat, który zakładał, jak przygładzić nastroszoną sierść poirytowanego kotka, kiedy gwałtownym ruchem pociągnął ją za rękę, i wyrwał z objęć Maeve; przez chwilę bardziej przejęła się o los Sauriela niż swój nawet, bo oczami wyobraźni zobaczyła lewy sierpowy dziewczyny (którego mogła być kiedyś świadkiem podczas jednej z ich Nokturnowych eskapad), i już chciała uspokajać Changównę, że to nie zdrada, jeżeli ktoś jeszcze pociągnie ją przypadkiem za włosy, kiedy – ku jej absolutnemu szokowi – Sauriel Rookwood ją, kurwa, przytulił.
Gniew był czymś, co rozumiała, ale czułość? Co on odpierdalał?
Zamrugała gwałtownie. Masz na myśli swoje ramiona, czy Głębinę?, to była jej pierwsza myśl, zaraz po kilkunastosekundowym białym szumie w postaci „……………….” – zastanawiała się, czy bardziej zezłościłaby tym komentarzem Sauriela, czy Maeve… – już rozchylała drżące wargi, by zadać mu to pytanie, i to wcale nie z niewinną przekorą, którą zazwyczaj odbijała ironiczne komentarze mężczyzny, tylko z absolutną powagą. Oczekiwała, że poczuje gniew buzujący pod jego skórą, zjeżoną sierść poirytowanego kotka, którego ktoś wziął pod włos; ale choć biło od niego dziwne zimno, to nie przez nagły spadek temperatury zaczęły drżeć jej nogi. Dobrze, że mogła zrzucić to drżenie na karb strachu. Gorzej, jakby zaczął myśleć, że pod jej zwykle idealną, nieprzeniknioną powłoką tak naprawdę tkwi coś bardzo nieidealnego, na przykład całe spektrum ludzkich emocji…Przecież nie chciałeś żadnej przysięgi, dlaczego nagle mi je składasz, miała też ochotę warknąć, choć więcej było w tym zdziwienia i pretensji, niż realnej złości. Ta wyparowała z niej w chwili, kiedy Maeve wsparła się na jej ramionach; jej resztki zagnieździły się gdzieś w brzuszku Lorraine jak motylki, które zaczęły obijać się o ściany jej pustego (poza alkoholem) żołądka, co osiągnęło kulminację, kiedy Sauriel zamknął ją w objęciach. nIEnAwiDzIŁa, kiedy Maeve i Sauriel napierdalali się na zapleczu, a jeszcze bardziej, kiedy robili to na strunach jej delikatnego, skołowanego, bardzo chorego serduszka.
Ale cóż mogła zrobić. Nie za wiele, bo serce waliło jej jak młotem od kilku minut. Wzruszyła się, i bardzo nie chciała tego okazać.
Nieśmiało zaplotła rączki na szyi Rookwooda, odwzajemniając jego gest.
– Przepraszam – szepnęła mu do ucha, najpierw z wahaniem, ale ostatecznie przecież przemogła się, choć z trudem przyszło jej opanowanie drżenia w głosie.
Po tych nieoczekiwanych słowach, które padły ze strony Sauriela kotłowały się w niej skonfliktowane emocje i nie pomagało, że Maeve ewidentnie rozzłościła cała ta scenka publicznego okazywanie sobie uczuć – Lorraine tylko resztką woli nie podbiegła do niej jak pies, żebrząc tym razem u Chang o ochłapy słodkich czułostek, bo wszystko to obudziło w Malfoyównie do tej pory uśpione, nieprzepracowane traumy, i tak, jedynym, o czym na dany moment marzyła, było to, żeby ktoś ją rzeczywiście pocałował w czółko, powiedział, że jest ważna i kochana (pewnie dlatego cały czas wracała do Otto, on umiał mówić to, co chciała słyszeć)… Bo czuła, że jeżeli jeszcze chwilę będzie zmuszona słyszeć tę zgrzytliwą, zazdrosną nutę w głosie Maeve, to najpewniej umrze, albo gorzej, rozpłacze się przy wszystkich, mocząc swoimi łzami nie tylko koszulkę Sauriela, ba, jedno tylko mrugnięcie dzieliło cały ten lokal od zalania morzem słonych łez!! Przynajmniej mieli kapitana na pokładzie…
Kiedy Rookwood wypuszczał ją ze swoich objęć, ścisnęła jeszcze tylko dyskretnie jego dłoń, zanim odsunęła się od niego na bezpieczną odległość; niemal odruchowo, tak jak zawsze robiła to z Maeve. Panowała nad twarzą, ale nogi miała jak z waty. Wróciła do powolnego przechadzania się posuwistym krokiem po wnętrzu Głębiny, między zgromadzonymi dookoła Kongresmenami Nowej Piwnicy, od niechcenia bawiąc się palcami, jak to miała w zwyczaju, kiedy była pogrążona w myślach, tym razem jednak świadomie folgując temu odruchowi, w razie, gdyby nagle ktoś jeszcze powiedział jej you're doing great, sweetheart, i od nadmiaru tych wszystkich emocji zaczęły jej jeszcze dostrzegalnie drżeć rączki.
– Wracając. Trudno to wszystko wyjaśnić w jeden wieczór, ponieważ ta cała sieć powiązań staje się coraz bardziej zapętlona – przyznała niechętnie Lorraine. Odwróciła twarz od reszty, bo bała się, że mogliby coś wyczytać z linii jej ust, z jakiejś dzikiej iskierki tlącej się w spojrzeniu.
Wystarczyło już, że całego z tego wesołego grona dostęp do jej najskrytszych myśli miał Macmillan – sama mu w końcu na to ochoczo pozwalała, kiedy raz po raz pogrążali się w otchłaniach swoich umysłów, ćwicząc się w sztuce legilimencji, i z tego też powodu unikała teraz jego spojrzenia – obawiała się, że ten może mieć całkiem niezłe pojęcie, co za emocjonalny rollercoaster teraz przeżywała, i napawało ją to przeogromnym wstydem. Lorraine nie chciała jednak, w swojej oczywistej HIPOKRYZJI, by i inni zaczęli rościć sobie prawo do wnętrza jej głowy, by widzieli ją taką, jaka była w środku: a w tym momencie, czuła się poruszona, nawet lekko niepewna, a nade wszystko – przytłoczona.
No dobra, potrafiła w pewien sposób uzasadnić ich postępowanie, chociaż ciężko jej to przychodziło, kiedy w głowie nieustannie rozbrzmiewało echo słów Sauriela. Wiedziała, że była dla niego ważną inwestycją, więc tak jak ona starała się, aby on był zadowolony z jej pracy – nie po to spędzała na dopieszczaniu zdobytych dla niego informacji o wiele więcej czasu, niż poświęciłaby normalnie na projekty dla zwykłych klientów – i mógł ufać jej, że tożsamość jego i jego bliskich była bezpieczna, kiedy ona w dużej mierze kontrolowała przepływ informacji na Nokturnie, tak ona – dostawała od niego ochronę, i intratny kontrakt – chociaż kontrakty, jak już ustaliliśmy, były ponad nimi, a że Lorraine nie chciała przybijać żadnych umów na uścisk poślinionej łapy, po prostu trwali w wygodnej symbiozie, i jedno z drugiego czerpało nieocenione korzyści.
Z Maeve było tak jak zawsze – łatwiej i trudniej jednocześnie. Bo to przecież niemożliwe, żeby taka Maeve czuła do niej coś więcej poza czystym pożądaniem, prawda? Lorraine doskonale zdawała sobie sprawę, że jej przywiązanie wynikało jedynie z przyzwyczajenia do regularnych uniesień znajdowanych w ramionach wili, że Chang widziała w niej tylko ulubioną kurewkę, która oprócz tych bardziej przyziemnych rozkoszy potrafiła dostarczyć jej inny, bardziej uzależniający rodzaj rozrywki w postaci emocjonalnych dramatów. Lorraine wiedziała dobrze, jakie to uczucie upić się emocjami – zawsze, kiedy czuła zbyt wiele, miała wrażenie, jakby przeżywała kaca – a dla Maeve, która była z natury niewrażliwa na wszelkiego rodzaju substancje wyskokowe, podobne przeżycie musiało być czymś kompletnie nowym, może nawet wyjątkowym.
Tak przynajmniej tłumaczyła to sobie Malfoy. Bo z natury lubiła wszystko analizować aż do porzygu.
Skierowanie rozmowy z powrotem w stronę interesów przyjęła z ulgą, bo puls Lorraine niebezpiecznie przyspieszył, kiedy Maeve i Sauriel przedarli się przez barykady rozstawione dookoła jej serduszka. I kto tutaj miesza komu w głowie??? Nawet mocy wili tej dwójce nie potrzeba…
Nagły przypływ tych obrzydliwie słodkich puchatych milusich uczuć kompletnie odbiegał od wyobrażeń Lorraine o możliwych konsekwencjach użycia przez nią mocy półwili, a już kompletnie nieistotny był w kontekście prowadzonej dyskusji, która W JEJ GŁOWIE od prostej wymiany zdań odnośnie warunków współpracy przeistoczyła się w nagłą walkę o to, żeby się nagle nie rozpłakać, bo Maeve (i Sauriel) zdecydowali się pochwycić ją w sidła swych ramion, a Lorraine – dlatego, że mamusia i tatuś za mało przytulali ją w dzieciństwie – miała silne uczulenie na przejawy nieudawanej ludzkiej dobroci, i zaczynała się wewnętrznie rozpadać, kiedy okazywano jej uczucia.
– Wiem, że ogólnie pojęte szpiegostwo to moja rola, ale darujcie, nie widzę sensu w zanudzaniu was, kogo to nie muszę zaszantażować, komu pogrzebać w głowie, gdzie wysłać ludzi, żeby wzniecieli lekki chaos informacyjny, a dokąd udać się we własnej osobie, bo nikt tego nie zapamięta, i tylko zrobi się chaos domysłów i teorii. – Miała nadzieję, że wszyscy powstrzymają się od dopowiedzenia na głos, że rzeczywiście, na dziś wyczerpali już limit chaosu, i jeszcze trochę, a wyjebaliby skalę na liczniku entropii to znaczy, wyrzuciliby krytyczny sukces, zależy od punktu widzenia.
– Jeżeli dacie mi czas, przygotuję zdobyte informacje w bardziej przystępnej formie zamiast trzymać wszystkich tutaj na kilkugodzinnym wykładzie. Tak jak sugeruje Stanley, to byłby test zaufania, możliwość sprawdzenia się: podzielibyśmy się zadaniami w taki sposób, aby każdy mógł wykorzystać swoje mocne strony. Wówczas bylibyśmy bardziej niezależni, każdy mógłby skupić się na wyrobieniu sobie na Nokturnie pewnej renomy indywidualnie, i nie zaprzątał sobie głowy nieistotnymi szczegółami pozostałych operacji. – skinęła w stronę Maeve, odnosząc się do jej obaw o to, że nie są Nokturnie traktowani poważnie. W pewien sposób rozczuliła ją szczerość Changówny: rozumiała jej obawy, bo sama żywiła podobne, zanim zaczęła zyskiwać klientów chętnych na jej usługi, ba, dalej takie czasem miewała, na przykład wtedy, kiedy dostawała sowę z banku, że ojciec znów przehulał oszczędności, które gromadziła w rodzinnej skrytce miesiącami… Czuła się wtedy, jakby stała w miejscu, jakby jej reputacja była gówno warta, skoro nie potrafi zmusić do posłuchu własnego, zdezelowanego moralnie ojczulka.
Ale lubiła, kiedy Maeve była taka. Pewna siebie, odważna; w jej głosie przebrzmiewało jakieś królewskie przeświadczenie, że Nokturn to jej rodzinna scheda, i samo to w sobie było cholernie seksowne, ale ona nie poprzestawała na tym – chciała to zrobić na swoich warunkach, chciała udowodnić, że poza tym, że nosi najsłynniejsze z nazwisk powtarzanych pośród mieszkańców tej zapomnianej przez Bogów dzielnicy, poza tym, że jest Chang – jest też Maeve. Przede wszystkim Maeve, pomyślała z czułością Lorraine, a kąciki jej ust mimowolnie poszybowały w górę, kiedy zaczęła jeszcze raz mielić w głowie słowa, które padły z ust przyjaciółki. Możemy wrócić do meritum, skarbie, ale wątpię, żebyś właśnie to zaprzątało teraz twoją śliczną główkę, mam rację?
Zgadzała się z kobietą, że zdobycie odpowiedniego szacunku wśród wpływowych mieszkańców Nokturnu jest podstawą, zwłaszcza dla reszty zgromadzonego tutaj towarzystwa, specjalizującego się w bezpośrednim działaniu. Bo dla samej Lorraine reputacja nie była w tym momencie tak ważna jak zysk – jej działalność jako dealerki sekretów z natury była raczej sekretna, więc nigdy nie wychylała się zanadto, preferując egzystencję szarej eminencji, która operuje raczej zza kulis… Chociaż, od kiedy w jej mieszkaniu zawitali Borgin wespół z Rookwoodem, zaczęła myśleć o tym, że może powinna częściej angażować się w bezpośrednie konfrontacje.
Do tej pory ubezpieczała się na wszelkie możliwe sposoby, zanim wprost podejmowała się ataku – miała swoje eliksiry odurzające, swoją urodę, i całe mnóstwo małych pajączków, to jest, informatorów, w niemal każdym zakamarku Nokturnu – albo zabierała się za daną akcję w tandemie z Murtaghiem, który był bardzo utalentowany w magii ofensywnej. Wszystko zmieniło się od czasu śmierci Elddira. Kiedy wspólnicy poinformowali ją o sukcesie misji, poczuła niezrozumiałą euforię. Dopiero potem zrozumiała, że to władza uderzyła jej do głowy, świadomość, że to jej informacje wydały wyrok dała jej niemal taką samą przyjemność, jakby to ona osobiście załatwiła mugolaka. To było zupełnie inne uczucie niż doprowadzanie do zguby bogatych arystokratów. Równie podniecająca wydawała jej się czysta trwoga, z jaką oprychy z Nokturnu – ci, którym miała okazję grzebać w głowie albo zwyczajnie obserwować poprzez wspomnienia swoich informatorów – wymawiały imię Czarnego Kota.
Może nie tylko kłamstwo może być najlepszą zabawą, jaką może mieć dziewczyna bez rozbierania się. Może zabijanie to większa frajda? Uśmiechnęła się do tych edgy emo myśli.
Na razie odsunęła je jednak na bok, i skupiła się na tym, jak bardzo seksowna była Maeve wtedy, kiedy unosiła się ambicją.
– …Oczywiście, zakładając, że wszystko pójdzie na tyle gładko, że nikt nie będzie potrzebował dodatkowej pomocy. Większość współpracowników Elddira zdecydowanie lepiej byłoby wziąć podstępem, żeby nie zostawić żadnych luk... Ale jeżeli takowe mimo wszystko zostaną, zakładam, że poradzimy sobie z nimi, kiedy spotkamy się omówić finał każdej z operacji z osobna. Najważniejsze to uderzyć z wielu stron jednocześnie. Działalibyśmy w małych grupach lub osobno, a jednocześnie –w pełnym porozumieniu, bo cel mamy wspólny.
Chociaż zachowała profesjonalizm, dalej miała wrażenie, że tkwi między młotem a kowadłem, między Saurielem a Maeve, między daddy issues a mommy issues, i szczerze, rozbolała ją już od tego głowa; bardziej niż od tego nokturnowego smrodu. Powiodła wzrokiem po reszcie wspólników – bo tak się mogli teraz nazywać, prawda? – i przywołała na usta słodki uśmiech.
– Mam nadzieję, że was to satysfakcjonuje, bo wolałabym już dla odmiany posłuchać muzyki niż brzmienia własnego głosu… – rzuciła, niby to od niechcenia opierając się plecami o bar, tak jakby wcale nie zakończyła swojego spacerku tuż obok miejsca, gdzie rezydowała poirytowana Maeve, która ewidentnie miała na pieńku z wyposażeniem baru, bo dość hałaśliwie przesuwała stojące za kontuarem kufle, szklanki i butelki. Zaczęła się zastanawiać, czy istnieje jeszcze cień szansy na poprawę jej humoru…
Powłóczystym spojrzeniem powiodła za kontuar, szukając po sali gitary Sauriela. Miała nadzieję, że jego miłość do instrumentu przewyższa mimo wszystko jego nienawiść do jej osoby, bo choć normalnie spodziewałaby się, że na krótko po spotkaniu może zechcieć obedrzeć ją ze skóry na osobności, to wątpiła, by to zrobił po deklaracji że jest w najbezpieczniejszym miejscu na ziemi, czy coś. Z pewnością jednak zechce porozmawiać, a tymczasem ona wolałaby najpierw… Nieco ugłaskać Maeve. Zwłaszcza, że dalej czuła ciepło jej dłoni na swych ramionach, tak kontrastujące z lodowatym uściskiem Rookwooda.
– …I dowiedzieć się, przy okazji, jak smakuje ta abominacja, jaką nazywasz whisky z mlekiem? – ściągnęła lekko brwi, obracając twarz w stronę Leo, udając, że wcale nie przysunęła się przed chwilą jeszcze bliżej w stronę pewnej zazdrosnej czarownicy, kiedy inni wznosili toast.