Murtagh na Lithę przyszedł sam. Po pierwsze dlatego, że nie bardzo miał ochotę na to by ktokolwiek zakłócał mu tego dnia towarzyszenie siostrze, a po drugie dlatego, że podejrzewał iż pojawienie się na święcie z jakąś przelotną miłostką, uczepioną jego ramienia, byłoby zgoła nieprzychylnie odebrane. Wyjątkowo zamienił swoje koszule, krawaty i garnitury na obcisłe, brązowe skórzane spodnie i luźną bawełnianą koszulę z głębokim dekoltem. Mieli w końcu sierpień, środek lata i święto, które dla niego było jednym z ulubionych.
Kiedy on i Sarah byli dziećmi, oboje pomagali przy rozstawianiu straganów a potem chłopak chodził z nią dookoła, jeszcze zanim wszyscy się zeszli i pokazywali sobie co ładnego chcieliby sobie kupić. Zazwyczaj szedł potem na tragany, kiedy Sarah zajęta była przygotowaniami do rytuałów, i kupował jej jedną z tych rzeczy, które tak bardzo jej się podobały. Niezmiernie cieszyły go piski ekscytacji, kiedy kazał jej później wybierać jedną ze schowanych za plecami rąk. W duchu nieco naśmiewał się z jej naiwności, bo przecież prezent zawsze okazywał się znajdować właśnie w tej ręce, którą wybrała, ale wiedział, że była to część gry, droczenia się z nią, które sprawiało że ostatecznie prezent był nawet milszy sercu.
Teraz patrzył na stragany z bardzo miernym zainteresowaniem, bardziej będąc ciekawym Stonehenge i jego kamiennej konstrukcji. Musiał przyznać, że kowen na czele z Isobell zadał sobie wiele trudu, żeby przenieść obrzędy w miejsce, które uważali za bezpieczne. Po Beltane nic już nie można było brać za pewnik, a wiara chwiała się w wielu sercach, więc do pomocy zaprzęgnięci zostali wszyscy z klanu Macmillan, jego samego nie wyłączając. Jakimś cudem jednak udało mu się nie zamienić ani słowa z siostrą w trakcie całych przygotowań. Co więcej, sam nawet nie był pewny, czy to ona unika jego, czy on jej czy może było to jedynie zrządzenie przypadku i natłoku pracy. Musiał przyznać, że o ile nie chciał widzieć na oczy ojca a cała wiara w Matkę była teraz dla niego oparta raczej na tradycjach niż głębokiej duchowości, to był dumny z efektów pracy swoich rąk.
Przez chwilę przyglądał się kolejce czarownic i czarodziejów odbierających wianki, ale wiedząc mniej więcej, jakie ich noszenie mogło mieć efekty, sam wcale się do tego nie palił. Wolał by tego dnia i wieczora, jego umysł pozostał czysty i ostry, bo Matka jedna wiedziała, że prawdopodobnie będzie go potrzebował, żeby jakoś przebrnąć przez ceremonię zaręczyn Sarah.
O wilku mowa... Murtagh uśmiechnął się, kiedy w tłumie wypatrzył przechadzającą się parę i podszedł do nich pewnym krokiem. Skinął głową obojgu, do Rowle'a wyciągając dłoń aby ten mógł ją uścisnąć.
- Sarah, panie Rowle. Miło pana poznać, w tych jakże sprzyjających okolicznościach. Chciałem wam z całego serca pogratulować, choć wiem, że na oficjalne gratulacje przyjdzie jeszcze czas. - mówił o gratulacjach, choć jego ton głosu wyrażał raczej uprzejmość wymuszoną okazją niż przesadny entuzjazm.
- Będę zaszczycony wiedząc, że moja siostra znalazła swoje gniazdo u boku tak znakomitego mężczyzny. Jest pan smokologiem, o ile dobrze kojarzę? Muszę powiedzieć, że od zawsze czułem nutę przerażenia myśląc o tych nadzwyczajnych stworzeniach. Chętnie kiedyś porozmawiam więcej na ich temat, może przy kieliszku dobrej brandy? - Zwrócił się do Leviathana, zagajając go gadką towarzyską, choć teraz już było słychać w jego głosie większe zainteresowanie a na usta wypłynął uśmiech. Zachowywał się trochę tak, jak gdyby jego siostra stanowiła jedynie tło dla interesującego mężczyzny z którym rozmawiał.
@Sarah Macmillan @Leviathan Rowle
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London