Widząc jak cała jego postura się napina, jak bardzo zaczyna być wściekły i odległy od tej osoby, którą do tej pory karmiła ciastami poczuła jak jej własne mięśnie spinały się, ale nie bała się go. Nie potrafiła. Był człowiekiem, któremu tak cholernie ufała, że pozwalał w siebie rzucać nożami wiedząc, że nic jej nie zrobi, że będzie przy nim bezpieczna. Nie mogła się go bać, nie miała do tego żadnego prawa. Chciała do niego podejść, ale nie wiedziała za bardzo co miała zrobić, jak zareagować, jak go uspokoić. Patrzyła na niego zmartwiona, nie obawiała się, a bardziej martwiła się o tą jego przeklętą przeszłość, której bał się Laurent. Była na siebie wściekła, że Prewettowi udało się zasiać to chore ziarenko obawy przed nim. Jak mogła w ogóle w to uwierzyć, powinna udawać, że niczego się nie dowiedziała, powinna żyć tak jakby nie było żadnego Laurenta. W końcu był obcym człowiekiem, którego nigdy nie powinna wpuścić do swojego życia. Ludzie z zewnątrz zawsze zawodzą, zawsze można się na nich sparzyć, a Flynn był tego żywym dowodem, bo wrócił do nich zdziczały jak bestia wypuszczona w nieznana dzicz.
– Flynn… nie – powiedziała wyjątkowo stanowczo, inaczej niż zwykle mówiła, nie było w tym nic uroczego, lekkomyślnego, głupiutkiego. Nie była tą uroczą laleczką, którą grała, aby umilić im życie, aby mogli ją po prostu bagatelizować i się o nią nie martwić. – Nie wolno ci nikogo dorywać i nie wolno nazywać ludzi dziwkami – obruszyła się i spróbowała go złapać za nadgarstek. – Uspokój się i nie krzycz. Możesz mi wyjaśnić o co kurwa chodzi? – czuła się zła, że nie chciał jej znowu nic powiedzieć. – Bo raczej nie o łapanie szczurów… – dodała przypominając mu, co jej powiedział.
@The Edge