Może to właśnie sprawiło, że był takim tematem tabu? Niby istniał, ale kiedy tylko była o nim wzmianka to temat był od razu zmieniany. I tak właśnie "on", Robert, stał się najpewniej synonimem zawiedzenia w słowniku Anne. Niby odszedł, niby zniknął ale zostawił coś po sobie, a raczej kogoś - bo ciężko nazywać dziecko przedmiotem, chociaż część osób mogłaby bez trudu taką narrację przedstawić. Kiedy do niej dotarło, że to przeminęło, a tak naprawdę nie istniało nigdy i Mulcibera już nie było, nie zamierzała dzielić się informacją o ich wspólnym potomku - ukryła tą wiedzę z pewnych sobie znanych powodów. Bała się o siebie? O Stanleya? O to, że znowu da się okręcić wokół palca? Nie wiadomo.
Młoda Borgin nie miała jednak innej opcji jak zająć się swoją pociechą, która z biegiem latał zaczynała zadawać coraz więcej niewygodnych pytań, drążyć temat, szperać, szukać prawdy. Może gdyby ojcem nie był Robert, a ktoś inny, to wspomniałaby mu o tym fakcie, a tak to go skrzętnie ukrywała, ewidentnie nie chcąc, aby się kiedykolwiek spotkali. Los był jednak przezorny i chciał inaczej.
Pomyśleć jednak, że rozwiązanie tej zagadki, tego tajemniczego "Roberta", było na wyciągnięcie ręki. A nawet jeżeli nie rozwiązanie to osoba, która znała szczegóły, fakty - coś się orientowała w temacie. Chester Rookwood, czyli osoba, która otoczyła młodego Borgina fachową pomocą, pomagając mu stawiać pierwsze kroki w Ministerstwie Magii oraz na kursie Aurorskim... ale Stanley nie wiedział, że jego mentor coś wiedział - może to lepiej? Tak to mógłby poczuć się zawiedziony? Oszukany? Czuć się po prostu źle, że przez tyle długich lat nic mu nie wspomniał o tym.
Otrzymał zgodę - mógł zapalić. Poczuł ulgę na samą myśl, że będzie w stanie to zrobić, a bardzo tego potrzebował w tym momencie. Wyciągnął jednego papierosa i włożył sobie do ust, by po chwili odpalić go metalową zapalniczką. Twoja strata, że nie chcesz Zaciągnął się, a następnie został otoczony przyjemną falą nikotyny, która tylko przypominała o uzależnieniu - Odrobinka alkoholu nigdy nie zaszkodziła - stwierdził. Nie mieli przecież zaraz urządzać tutaj jakiejś libacji, a po prostu trochę się rozluźnić, wszak Stanley czuł się trochę nieswojo i dziwnie. Nadal nie był pewien jak powinien się zachowywać.
Z jednej strony powinien był się cieszyć, a z drugiej czuł się jak na jakiejś rozmowie o pracę... w najgorszym odłamie Ministerstwa. Westchnął i zasiadł na krześle, rozkoszując się swoją używką. Bacznie obserwował Roberta, nadal mając z tyłu głowy jakiś czarny scenariusz, który mówił, że to wszystko to jakiś wielki żart albo pułapka.
Od początku? korciło tak odpowiedzieć ale tego nie zrobił. W zasadzie to była najlepsza opcja, ponieważ nie wiedział nic. Jakakolwiek informacja była na wagę złota - nawet jeżeli nie była prawdziwa. Borgin znał jednak swoją matkę i część rzeczy był w stanie zweryfikować. Ale rzeczy o ojcu? Żadnych ze stanem swojej wiedzy.
- Umm... - zamyślił się na moment, stukając palcami w spierzchnięte usta - Kilka lat? Pytałem, szukałem, drążyłem...? Ale bez żadnych sukcesów - przyznał, strzepując popiół do popielniczki - Jakoś do października 1970... - zawahał się na krótko - Aż do śmierci mamy - dodał jak jakiś automat, który był pozbawiony emocji. Nadal był to jakiś ciężki temat z którym nie bardzo sobie radził albo nawet nie chciał sobie poradzić. Zastygł wzrokiem na popiele, wchodząc na jakiejś zwolnione obroty.
- Powiesz mi coś więcej o sobie? - zapytał po chwili, zaciągając się papierosem, który ponownie go ożywił - Cokolwiek? W zasadzie to ja nic nie wiem... W domu nigdy nie było o Tobie słowa. Nie było żadnych dokumentów. Niczego... Wiem tyle, że nazywasz się Robert - wyjaśnił jak to wyglądało z jego perspektywy, a następnie przetarł wolną dłonią swoją twarz by po chwili spojrzeć na ojca. To naprawdę Ty... I chyba w tym momencie próbował się doszukać jakiś wspólnych cech do niego... Czegokolwiek co pozwoliłoby mu się jakoś przywiązać, zrozumieć.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972