Vincent lubił nieprzewidywalne sytuacje, a zrobienie sobie tatuażu też się w to wpasowywało. Nie był przecież pewny, że ze smoka wyjdzie smok, a nie jakiś upośledzony kot. Na szczęście tatuażysta nie był, aż tak okropny w tym co robił. Zapewne istnieli tacy, co zrobiliby to lepiej, ale sam kontur smoka był naprawdę spoko. Vincent na pewno nie wyjdzie z tej sytuacji niezadowolony. Dał tylko sygnał, że Brenna nie musi nic robić charłakowi. Zagada odpowiednio typa, więc mogła sobie pomyszkować. W razie czego też miał różdżkę i mógł ogłuszyć mężczyznę jakby zaczął sprawiać kłopoty. Vincent należał do gaduł – może i nie lubił ludzi samych w sobie, ale uwielbiał zadawać pytania i gadać ile tylko mógł i tym ludziom, którym to nie przeszkadzało. Przy Brennie gadał pierdoły, aby ją po prostu wkurwić, ale raczej zdążyła się przyzwyczaić, że czasami miał mądre rzeczy do powiedzenia.
– Można tu palić? – zapytał, a gdy dostał zgodę odpalił sobie jedną fajkę i obserwował jak mężczyzna skrupulatnie powtarza kontur kalki i opowiada o tym, że od dziecka marzył o takim miejscu jak to. Vincent obserwował też sposób tatuowania, aby mieć kontrolę nad tym, czy to idzie w odpowiednim kierunku. Zaczynało mu się już nudzić to siedzenie, chciał już wstać i coś porobić. Nigdy nie należał do osób statycznych, zawsze lubił być w ruchu i jakby mógł to by nawet nie spał, ale niestety był człowiekiem.
W końcu tatuaż był na wykończeniu, a Brenna powinna się już zacząć pojawiać bo pieprzony charłak zaczynał zadawać pytania, gdzie ona się podziała. Mogła chociaż wspomnieć, że idzie do toalety, a nie znikać. Kevin też powinien się niedługo zjawić. W sumie to teraz Longbottom mogłaby go ogłuszyć.