Vincent nie wiedział, co miał zrobić. Na pewno nie będzie paradował z penisem na ramieniu – co to, to kurwa nie! Żałował, że Brenna w jego towarzystwie nigdy nie pakowała się w takie sytuacje. Miał na czole wymalowane słowo głupek, czy co? To było niemożliwe, aby tylko on ośmieszał się przy tej małej Paskudzie! Zmrużył oczy w jej kierunku i zerknął na jej różdżkę. Westchnął ciężko i usiadł na fotelu do tatuowania. Zsunął nawet kurtkę, którą rzucił gdzieś niedbale i tak za chwile miał obijać komuś mordę, więc nie była mu teraz potrzebna. Wsunął się na ten fotel, na którym było mu cholernie niewygodnie, bo nie był przystosowany do takich wysokich osób, do których należał Prewett. Podsunął mu do tatuowania lewe ramię, na którym zawsze myślał mieć jakiś tatuaż.
– Rób pan ten tatuaż, ale nie ma to być penis – spojrzał w oczy Brenny – rozmyśliłem się. Niech będzie jakiś smok, albo cycki, ale na pewno nie penis, ani inne genitalia – wzdrygnął się na samą myśl.
Kto w ogóle chciał tatuować sobie penisa na przedramieniu, czy to w ogóle było normalne? Jego ciemne oczy uważnie obserwowały Longbottom, która pięknie sobie radziła z oszukiwaniem niewinnego charłaka. Musiał jednak skupić się właśnie na mężczyźnie, bo ten miał zaraz mu przykładać jakiś wzór do ramienia, który sam wybrał. Niestety nie były to cycki, ale może to dobrze? Lycoris by go chyba zabiła za wytatuowanie sobie cycków, ale gdyby Brenna miała więcej odwagi i pokazała tu swoje piersi nie narzekałby… Nie mógł ująć jej urody, ale zwykle starał się ją na tyle szanować, aby nie wciskać się w miejsca, w których nie chciała mężczyzny. Lubił kobiety, ale nie miał zamiaru też być natrętem jak to czasami robił jego brat, który sprowadzał nawet panny do swojego domu pod obecność swojej żony.