Frustrowało go to. Po co te pytania? Po co ta dziwna maskarada, skoro zaraz skończymy na tym samym co zawsze ostatnimi czasy? Spoglądanie na Edwarda sprawiało mu ból. Sama jego obecność sprawiała teraz, że był spięty, a serce od razu zaczynało mu bardziej niespokojnie bić. Nastawiał się na bitwę - kolejną - z myślą o tym, że tym razem nie chce już niczego przegrywać. Bo to było popierdolone, żeby był takim dzieciakiem, takim... takim zupełnie nikim, bo starszy Prewett nie da mu nawet dojść do głosu, kiedy będzie chciał usłyszeć tylko jedną, konkretną rzecz. Nie chciał polec w tej batalii, a nie wiedział, czy będzie w stanie nawet wytrzymać pierwszego rozdania kart, a co dopiero mówić o dalszej części tego pokera. Bo to już przecież zrobiła się wojna, czyż nie? Tak bardzo, tak strasznie chciał go przeprosić. A teraz już chciał od niego tylko jednego. Daj mi spokój. I pozwól żyć.
- W nogę. - Odparł poirytowanym głosem, a przez to, że nerwy już w niego uderzały na współkę ze stresem nie miał klarownego poglądu na tą... rozmowę. Bo to miała być rozmowa, nie wojna. Nie bitwa. Nie potyczka. Ale chyba partia pokera bardziej, co tato? Co myślisz, co jeszcze powiesz? Gdzie leżała twoja granica między miłością a dumą? Tym, do czego zostałeś wręcz stworzony, bo w końcu twój własny ojciec ukształtował cię na swoje podobieństwo. Dziedzic majątku. Kreator dalszego losu tego małego królestwa w całej Anglii. I takim sposobem Laurent nie od razu załapał, że nie chodzi o miejsce na ciele - tylko miejsce w tym rozległym świecie. Ale zaraz się zreflektował i ten zły blask w jego lazurowych oczach zbladł odrobinkę. - Słyszałem zew morza. Gdybyś chciał ze mną rozmawiać, to byś wiedział. Zranił mnie na starym wraku, bo popłynąłem za wezwaniem. - Nie, napięcie mimo wszystko nie zniknęła z jego głosu. Bo gdyby tylko chciał, gdyby tylko on NIE STRZELAŁ FOCHÓW... gdyby się tak nie obrażał... i co? Teraz to nagle Laurent miał wyjść na tego, który ma "humorki"? O nie. Nie pozwoli mu na to.
- Dumą? Jaką dumą? - Prychnął niemal śmiechem, spoglądając na ojcowską twarz z niedowierzaniem. - Myślisz, że przy tobie mam jakąkolwiek jeszcze dumę? Po tym, jak pełzałem na podłodze jak robak i gdyby nie Florence to bym się udusił? - Sam nie wierzył w to, co słyszał, ale w sumie... to co niby innego mógłby powiedzieć Edward? Chociaż to i tak brzmiało miło. Bo bardziej się spodziewał nakazów albo kolejnych gróźb. Lecz nie - nadal nie brzmiało to dla niego jak prośba. Nadal dźwięczało w jego uszach jak rozkaz... dopóki nie pojawiło się magiczne słowo, które wytrąciło go z rytmu. Smakowały zaskoczeniem. Miękkie, proste słowo, które otworzyło szerzej duże oczy selkie. To jakiś podstęp? Nie chciał tracić czujności. Ostatnim razem ją stracił sądząc, że naprawdę porozmawiają jak za dawnych lat, lecz nie. Wszystko się zmieniło. Głównie... po prostu on się zmienił.
- Nigdy nie kazałem ci wybierać. Sam wybierałeś, ojcze. Nawet jeśli tego nie zauważałeś. - Zawsze kiedy pojawiał się temt Pandory to nagle wszystkie jego sprawy bledły i znikały. Nie miały znaczenia. Czy winił za to ojca? Nie. W zasadzie to nie. Chciał jak najlepiej dla siostry i nigdy w życiu nie stanąłby między nimi ani nie kazał komukolwiek wybierać. Wręcz wycofałby się i jeszcze rozwinął przed nimi dywan. Dłoń przestał mu drżeć pod dotykiem ciepłej, ojcowskiej dłoni. - Za dwa dni i tak wraca Aydaya. Nie chcę tu zostawać, kiedy się pojawi.