Nawykła do życia persony medialnej; do tego, że ludzie się za nią obracają na ulicy, że o niej plotkują i że jest na językach nieomal zawsze – nie przeszkadzało jej to, karmiła się atencją, uznając nieomal za absolutny faktor dla jej przeżycia. Oczy wlepione w jej sylwetkę już dawno przestały przyjmować miano kuriozum, na rzecz bladej powłoki codzienności, którą otaczała mglista woalka. Wiedziała, że to nie jest tak, że można jej nie znać tak po prostu; co prawda spotkała się z personami, które nie znały jej nazwiska, pobrzmiewającego w rubrykach Proroka, uważała jednak, całkiem trafnie, iż żyją oni pod kamieniem. Stukot obcasów niosący jej duszną obecność zawsze zwiastował ten miałki zapach bergamotek, czerwieni ust i rozwichrzonej czupryny czarnych włosów, których nieład przeszedł już nieomal do historii.
Wzrok prześlizgnął się po jego sylwetce prędko, nie zdradzając nawet cienia speszenia czy płochliwego odwrócenia tęczówek. Zamiast tego wpatrywała się bacznie, tak, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół – do licha, tak bardzo chciała go namalować w tym ułożeniu, gdy blady poblask księżyca ślizgał się po jego ciele, a on sam, kierował na nią spojrzenie nieufnego zwierzęcia.
– Ciekawe, jak miałabym podejść bliżej, gdy moja kostka gruchnęła – odparła kąśliwie, przerzucając na niego spojrzenie rozjuszonych tęczówek – tych, w których igrał milion roziskrzonych gwiazd.
Utykając, usiadła pod jednym z wozów, aby ściągnąć buta. Nie wyglądało to najlepiej, a na kostce wykwitł pokaźny siniak. Westchnęła ciężko, opierając głowę o ścianę wozu, a jej baczne spojrzenie prześlizgnęło się na Flynna.
– Domyślam się, że nie zaniesiesz mnie na barana pod moją kamienicę – rzekła kąśliwie ponownie, ogniskując wzrok w jego obliczu – dokładnie tym, po którym ślizgała się poświata księżycowa. – Czy masz cokolwiek, co może mi pomóc? Poza rychłą śmiercią – dodała po chwili.