12.11.2023, 02:36 ✶
Żart o miotle na moment odebrał jej mowę - mrugnęła kilkukrotnie, przechyliła głowę i spojrzała na Moody'ego wymownie, jakby oceniała, czy się nie przesłyszała. Nie, nie mogła się przesłyszeć. Gość był zbyt zadowolony z siebie, zbyt wiele dumy błyszczało w jego oczach, by jego słowa był jedynie wytworem wyobraźni Eden.
- Wow - wydała z siebie dźwięk pełen sarkazmu, ale towarzyszył mu uśmiech, kręcenie głową, jakby nie wierzyła ani w to, co właśnie usłyszała, ani w to, że ją to bawi. - Ile ty masz lat? - Zapytała, próbując się nie roześmiać w głos, bo tylko dowiodłaby w ten sposób, że mentalnie są na tym samym poziomie. Nawet jeśli rzeczywiście tak było, jeśli w jego towarzystwie naprawdę czuła się beztrosko niczym dziecko, nadal chciała grać w grę pozorów, że jest dorosła, poważna i trzyma na wodzy własne instynkty.
Chciała naiwnie wierzyć, że ma nad tym jeszcze jakąś kontrolę.
- Jeśli zaraz jeszcze dorzucisz, że jakby wsadzić go pod pachę, to można pomylić z dywanem, to przysięgam - urwała na moment, bo zaczęła się niekontrolowanie śmiać. Przegrała sama ze sobą, ale - o dziwo - nie czuła się zawiedziona. - Przysięgam, wracam do domu - skłamała, wciąż z uśmiechem na ustach, bo wiedziała, że to się dzisiaj nie stanie. Nawet jeśli zaczęłaby zmierzać ku wyjściu, Alastor zrobiłby wszystko, żeby ją zatrzymać. A ona pozwoliłaby mu, nie stawiając większego oporu.
Nie mogła się zgodzić, że była to jedyna rzecz, jaka w tym momencie zahaczała o skrajną głupotę, ale tak - gdyby pocałował ją lata wcześniej, cała ta historia mogłaby się potoczyć inaczej. Eden chciała w tym momencie wierzyć, że potoczyłaby się dobrze, że byłaby z kimś, do kogo najzwyczajniej w świecie pasuje. Może dziś byłaby w związku, który nie jest przepełniony obustronną frustracją, ciągłymi kłótniami, skakaniem sobie do gardła, żeby cokolwiek poczuć. Może nigdy nie doświadczyłaby samotności, która nigdy nie wydawała jej się realna, dopóki nie stała się rzeczywistością. Koniec końców, człowiek zaczyna potrzebować światła dopiero wtedy, kiedy robi się ciemno.
Wiedziała jednak, że mogłoby to się potoczyć też zupełnie odwrotnie - kiedy pracowali razem, byli zupełnie innymi ludźmi. Byli niedojrzali, przede wszystkim Eden. Wtedy nie miała jeszcze za sobą upokarzających przeżyć, które sprowadziły ją na ziemię, zrównały z resztą śmiertelników. Wtedy była zuchwała ponad miarę, zbyt pewna swojej pozornej niezniszczalności, wyższości nad wszystkimi i wszystkim. Alastor zawsze nie znosił takich osób, więc pewnie ciągle by się ścierali, walczyli ze sobą o rację. On nie ustąpiłby jej jak William w imię świętego spokoju; z Moodym skończyłoby się to we krwi.
Co jeśli to wszystko nie wydarzyło się więc bez powodu?
- Pewnie mi nie uwierzysz, bo to nie brzmi jak coś, co mogłoby mi przejść przez gardło - zaczęła, prychając pod nosem, jakby sama z siebie kpiła, jakby czuła w tym wszystkim obłudę. - Ale martwię się o ciebie. O to, że cię skrzywdzę - oświadczyła, po czym przełknęła ślinę; chciała pozbyć się narastającej guli w gardle, ale ona tylko uciskała jeszcze mocniej. Czuła, jak z nieznanych przyczyn wzbiera ból i pieczenie z tyłu jej gardła. Pominęła resztę zmartwień, które kręciły się wokół Williama, bo mówienie o tym Alkowi byłoby niedorzeczne, ale przecież swojego męża też nigdy nie chciała skrzywdzić. Ale to już się stało, do tego już przyłożyła rękę. Jeśli chodziło o zranienie Alastora, temu jeszcze mogła zapobiec.
Objęła jego twarz rękoma, złapała ją z czułością, z troską. Uśmiechnęła się przy tym smutno; gdyby mogła zetknęłaby razem ich czoła i trwałaby w milczeniu, zbierając te wszystkie niewygodne słowa w choć trochę znośną wiązankę, ale dzieliły ich nie tylko lata rozłąki, ale również centymetry. Westchnęła więc, gładząc jego policzek kciukiem.
- No i nie byłabym sobą, gdyby nie było w tym choć krzty egocentryzmu - przyznała się bez bicia, nie chcąc tego dłużej kryć. Przecież Alastor ją doskonale znał, wiedział, czym była dla niej publiczny wizerunek - kartą przetargową, której nie chciała stracić. - Boję się tego, co powiedzą inni. Boję się reakcji rodziny, reakcji ojca. I zanim mi powiesz, że jestem dorosła, że nie ma wpływu na moje życie... Niestety ma. Większe niż ktokolwiek - wyrzuciła z siebie to wszystko, zsuwając dłonie z jego twarzy. Tuż po tym wypuściła powietrze z płuc z ciężkością, oparła swoją głowę na klatce piersiowej Alastora, nie mając siły na nic więcej. Nigdy dotąd nie przyznała się nikomu, że boi się ojca. Ani tego, że nie ma kontroli nad sytuacją. Prawdopodobnie nigdy nie opuściłoby to ust Eden, gdyby nie alkohol.
Gdyby nie Moody.
- Wow - wydała z siebie dźwięk pełen sarkazmu, ale towarzyszył mu uśmiech, kręcenie głową, jakby nie wierzyła ani w to, co właśnie usłyszała, ani w to, że ją to bawi. - Ile ty masz lat? - Zapytała, próbując się nie roześmiać w głos, bo tylko dowiodłaby w ten sposób, że mentalnie są na tym samym poziomie. Nawet jeśli rzeczywiście tak było, jeśli w jego towarzystwie naprawdę czuła się beztrosko niczym dziecko, nadal chciała grać w grę pozorów, że jest dorosła, poważna i trzyma na wodzy własne instynkty.
Chciała naiwnie wierzyć, że ma nad tym jeszcze jakąś kontrolę.
- Jeśli zaraz jeszcze dorzucisz, że jakby wsadzić go pod pachę, to można pomylić z dywanem, to przysięgam - urwała na moment, bo zaczęła się niekontrolowanie śmiać. Przegrała sama ze sobą, ale - o dziwo - nie czuła się zawiedziona. - Przysięgam, wracam do domu - skłamała, wciąż z uśmiechem na ustach, bo wiedziała, że to się dzisiaj nie stanie. Nawet jeśli zaczęłaby zmierzać ku wyjściu, Alastor zrobiłby wszystko, żeby ją zatrzymać. A ona pozwoliłaby mu, nie stawiając większego oporu.
Nie mogła się zgodzić, że była to jedyna rzecz, jaka w tym momencie zahaczała o skrajną głupotę, ale tak - gdyby pocałował ją lata wcześniej, cała ta historia mogłaby się potoczyć inaczej. Eden chciała w tym momencie wierzyć, że potoczyłaby się dobrze, że byłaby z kimś, do kogo najzwyczajniej w świecie pasuje. Może dziś byłaby w związku, który nie jest przepełniony obustronną frustracją, ciągłymi kłótniami, skakaniem sobie do gardła, żeby cokolwiek poczuć. Może nigdy nie doświadczyłaby samotności, która nigdy nie wydawała jej się realna, dopóki nie stała się rzeczywistością. Koniec końców, człowiek zaczyna potrzebować światła dopiero wtedy, kiedy robi się ciemno.
Wiedziała jednak, że mogłoby to się potoczyć też zupełnie odwrotnie - kiedy pracowali razem, byli zupełnie innymi ludźmi. Byli niedojrzali, przede wszystkim Eden. Wtedy nie miała jeszcze za sobą upokarzających przeżyć, które sprowadziły ją na ziemię, zrównały z resztą śmiertelników. Wtedy była zuchwała ponad miarę, zbyt pewna swojej pozornej niezniszczalności, wyższości nad wszystkimi i wszystkim. Alastor zawsze nie znosił takich osób, więc pewnie ciągle by się ścierali, walczyli ze sobą o rację. On nie ustąpiłby jej jak William w imię świętego spokoju; z Moodym skończyłoby się to we krwi.
Co jeśli to wszystko nie wydarzyło się więc bez powodu?
- Pewnie mi nie uwierzysz, bo to nie brzmi jak coś, co mogłoby mi przejść przez gardło - zaczęła, prychając pod nosem, jakby sama z siebie kpiła, jakby czuła w tym wszystkim obłudę. - Ale martwię się o ciebie. O to, że cię skrzywdzę - oświadczyła, po czym przełknęła ślinę; chciała pozbyć się narastającej guli w gardle, ale ona tylko uciskała jeszcze mocniej. Czuła, jak z nieznanych przyczyn wzbiera ból i pieczenie z tyłu jej gardła. Pominęła resztę zmartwień, które kręciły się wokół Williama, bo mówienie o tym Alkowi byłoby niedorzeczne, ale przecież swojego męża też nigdy nie chciała skrzywdzić. Ale to już się stało, do tego już przyłożyła rękę. Jeśli chodziło o zranienie Alastora, temu jeszcze mogła zapobiec.
Objęła jego twarz rękoma, złapała ją z czułością, z troską. Uśmiechnęła się przy tym smutno; gdyby mogła zetknęłaby razem ich czoła i trwałaby w milczeniu, zbierając te wszystkie niewygodne słowa w choć trochę znośną wiązankę, ale dzieliły ich nie tylko lata rozłąki, ale również centymetry. Westchnęła więc, gładząc jego policzek kciukiem.
- No i nie byłabym sobą, gdyby nie było w tym choć krzty egocentryzmu - przyznała się bez bicia, nie chcąc tego dłużej kryć. Przecież Alastor ją doskonale znał, wiedział, czym była dla niej publiczny wizerunek - kartą przetargową, której nie chciała stracić. - Boję się tego, co powiedzą inni. Boję się reakcji rodziny, reakcji ojca. I zanim mi powiesz, że jestem dorosła, że nie ma wpływu na moje życie... Niestety ma. Większe niż ktokolwiek - wyrzuciła z siebie to wszystko, zsuwając dłonie z jego twarzy. Tuż po tym wypuściła powietrze z płuc z ciężkością, oparła swoją głowę na klatce piersiowej Alastora, nie mając siły na nic więcej. Nigdy dotąd nie przyznała się nikomu, że boi się ojca. Ani tego, że nie ma kontroli nad sytuacją. Prawdopodobnie nigdy nie opuściłoby to ust Eden, gdyby nie alkohol.
Gdyby nie Moody.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~