10.11.2023, 03:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.11.2023, 03:52 przez Septima Ollivander.)
Sama Septima nie do końca pojmowała swoich ciągotek do pakowania się w kłopoty. Urodziła się w normalnej, raczej przyzwoitej i o wieloletnich tradycjach rodzinie. Posiadała, do niedawna nawet dwójkę, kochających rodziców, którzy oddali jej tyle miłości ile byli w stanie; nauczona szacunku do drugiego człowieka, nie przepadała za łamaniem, ani zasad, ani tym bardziej kodeksu prawnego.
Taka przynajmniej była oficjalna wersja.
Nigdy nie nauczyła się wierzyć w śmierć – w dzieciństwie odwracała od niej załzawione spojrzenie, a gdy kostucha przyszła odebrać życie matki i brata, nawet lata później nie potrafiła odnaleźć emocji pogodzenia się z paskudną prawdą, że najbliższych jej osób nie ma wśród żywych.
Nie ma ich już - tego jakby nie rejestrowała; tęskniła najcięższym brzemieniem serca, ale ta głupia, paskudna prawda nigdy głośno nie zatrajkotała i nie obwieściła się na kartach jej świadomości. Tęskniła za matką – za jej błyszczącymi oczami, kiedy siadała tak blisko kominka, że gorące powietrze łaskotało ją w powieki, za tym, jak układała niekiedy głowę na jej kolanach, nie wiedząc, że prawie nie zauważała jej obecności. Głaskała ją po głowie instynktownym, ludzkim odruchem dotykania tego, co było ciepłe i miękkie, za jej łagodnym, cichym głosem, który nigdy nie zrywał się do krzyku i brzmiał jak poemat napisany na fortepian.
Tęskniła za bratem, kradzionymi pluszakami, za droczeniem, przepychankami, szerokimi uśmiechami i niekończącymi opowiadaniami o głupich meczach Quidditcha. Tęskniła za tym, że nigdy nie zobaczyła jak dorósł i stał się równie irytującym kawalerem na wydaniu, który rozpijał się w pubach i wracał do domu o piątej nad ranem.
Równie dobrze w każdej dowolnej chwili mogli przekroczyć drzwi ich warsztatu i choć minęłoby tak wiele lat rozłąki, nie doświadczyłaby żadnego dysonansu, jakby tak właśnie miało być.
Jednakże choć w śmierć nie wierzyła, z pewnością nie goniła za nią po obskurnych zakątkach Nokturnu. Zawsze ukrywająca się pod płaszczem pannicowej naiwności, tak naprawdę chyba szukała guza, bo innego wytłumaczenia postronna osoba by nie posiadała. Każda wycieczka na Nokturn, każda współpraca z podejrzaną gębą, którą na dobrą sprawę powinny obserwować odpowiednie służby, kryła w sobie ciężką mieszaninę strachu, ekscytacji oraz dziwnego, ciepłego podniecenia rozpływającego się po ciele. Czasem nawet zaczynało się gdzieś w okolicach podbrzusza, ale Timmy o tym starała się zbyt długo nie myśleć.
Fontaine znała już od jakiegoś czasu i o ile Crow do tej pory przewijał się gdzieś tam jako losowa postać zza kulis, to tym razem przydzielono mu niezwykle nobliwe miejsce tuż u jej boku. Dla Ollivanderówny wszystko było jedną wielką przygodą, ale jednak z jakiegoś powodu nie poświęcała mężczyźnie zbyt dużo uwagi. Nie wzbudzał zaufania, ale nie zapalał również każdej pojedynczej czerwonej lampeczki w jej głowie (fakt faktem, ten system potrzebował solidnego inżyniera do przeglądu). Jeśli nie leciał od razu do niej z tłustymi łapami to i tak wygrywał konkurs przyzwoitości z większością zbirów. Co prawda, niektóre z jego stawianych kroków obudzały cudowną melodią obijającego się żelastwa, ale wolała wrócić do domu ze skradzionym zegarkiem, niżeli nerką, albo co gorsza, dziewictwem.
Przywitawszy się z nim na peronie, zamachiwała się i wyciągała już rękę z torbą w jego kierunku, bo nawet gdyby nie był chłopcem na posyłki, to ona wciąż uznawała się za damę, którą etykieta uprawniała do wyznaczania samca od noszenia. Ale cholera, co jeśli złapałby i uciekł? Miała w środku kilka drogocennych okazów, których nie byłaby w stanie uzupełnić. I mówiąc o okazach, gdy tylko weszli do pociągu to zdjęła tweedową marynareczkę, którą zawiesiła na wieszaczku przedziału i od razu wyciągnęła jeden z nich - książkę. Była całkiem wdzięczna za ciszę, ale po pewnym czasie stwierdziła, że gapienie się bezproduktywnie w dal przez faceta było nie tylko dosyć kretyńskie, ale i rozpraszające.
— Chcesz coś poczytać? Znajdę jakieś przygodówki jeśli lubisz takie klimaty — wysunęła, otwierając skórzaną torbę, zaczarowaną tak aby pomieścić kilka ciężkich tomiszczy i nie nadwyrężyć wątłego, kobiecego ciała.
Niczym pani z reklamy, zaprezentowała mu okładkę Don Kichota i nawet podała do ręki (kątem oka obserwowała czy aby na pewno są w miarę czyste), żeby sobie obejrzał.
— Pierwszy raz czego? — miała zapytać z ironicznym ozdobnikiem, ale głos jej jakoś na to nie pozwolił i koniec końców zabrzmiała zdecydowanie bardziej tępawo niż mrocznie.
Żałowała rozpoczęcia dialogu, czując działalność jakiejś galaktyczna klątwy siejącej spustoszenie w jej poczuciu winy. Niewidzialna siła kazała jej ciągnąć rozmowę, choć nawet nie wiedziała jak, o czym i dlaczego.
O czym ona miała z nim rozmawiać?
O co mogła zapytać?
Gdzie kupował ciuchy?
Od jak dawna znał Fontaine? Co ich łączyło? (bardzo nie chciała znać szczegółów tej historii).
Koniec końców, eureka przyszła sama. Przełknęła głośno ślinę, czubek nosa wystawiając poza swoją książkę.
— Uhmm, to... lubisz tę pracę?
Fontaine ją zapewniła, że na facecie można polegać, w co Septima głęboko wątpiła. Czy mu ufała? Absolutnie nie. Czy ufała Fontaine? Nie.
Czy ufała sobie?
Również nie.
Taka przynajmniej była oficjalna wersja.
Nigdy nie nauczyła się wierzyć w śmierć – w dzieciństwie odwracała od niej załzawione spojrzenie, a gdy kostucha przyszła odebrać życie matki i brata, nawet lata później nie potrafiła odnaleźć emocji pogodzenia się z paskudną prawdą, że najbliższych jej osób nie ma wśród żywych.
Nie ma ich już - tego jakby nie rejestrowała; tęskniła najcięższym brzemieniem serca, ale ta głupia, paskudna prawda nigdy głośno nie zatrajkotała i nie obwieściła się na kartach jej świadomości. Tęskniła za matką – za jej błyszczącymi oczami, kiedy siadała tak blisko kominka, że gorące powietrze łaskotało ją w powieki, za tym, jak układała niekiedy głowę na jej kolanach, nie wiedząc, że prawie nie zauważała jej obecności. Głaskała ją po głowie instynktownym, ludzkim odruchem dotykania tego, co było ciepłe i miękkie, za jej łagodnym, cichym głosem, który nigdy nie zrywał się do krzyku i brzmiał jak poemat napisany na fortepian.
Tęskniła za bratem, kradzionymi pluszakami, za droczeniem, przepychankami, szerokimi uśmiechami i niekończącymi opowiadaniami o głupich meczach Quidditcha. Tęskniła za tym, że nigdy nie zobaczyła jak dorósł i stał się równie irytującym kawalerem na wydaniu, który rozpijał się w pubach i wracał do domu o piątej nad ranem.
Równie dobrze w każdej dowolnej chwili mogli przekroczyć drzwi ich warsztatu i choć minęłoby tak wiele lat rozłąki, nie doświadczyłaby żadnego dysonansu, jakby tak właśnie miało być.
Jednakże choć w śmierć nie wierzyła, z pewnością nie goniła za nią po obskurnych zakątkach Nokturnu. Zawsze ukrywająca się pod płaszczem pannicowej naiwności, tak naprawdę chyba szukała guza, bo innego wytłumaczenia postronna osoba by nie posiadała. Każda wycieczka na Nokturn, każda współpraca z podejrzaną gębą, którą na dobrą sprawę powinny obserwować odpowiednie służby, kryła w sobie ciężką mieszaninę strachu, ekscytacji oraz dziwnego, ciepłego podniecenia rozpływającego się po ciele. Czasem nawet zaczynało się gdzieś w okolicach podbrzusza, ale Timmy o tym starała się zbyt długo nie myśleć.
Fontaine znała już od jakiegoś czasu i o ile Crow do tej pory przewijał się gdzieś tam jako losowa postać zza kulis, to tym razem przydzielono mu niezwykle nobliwe miejsce tuż u jej boku. Dla Ollivanderówny wszystko było jedną wielką przygodą, ale jednak z jakiegoś powodu nie poświęcała mężczyźnie zbyt dużo uwagi. Nie wzbudzał zaufania, ale nie zapalał również każdej pojedynczej czerwonej lampeczki w jej głowie (fakt faktem, ten system potrzebował solidnego inżyniera do przeglądu). Jeśli nie leciał od razu do niej z tłustymi łapami to i tak wygrywał konkurs przyzwoitości z większością zbirów. Co prawda, niektóre z jego stawianych kroków obudzały cudowną melodią obijającego się żelastwa, ale wolała wrócić do domu ze skradzionym zegarkiem, niżeli nerką, albo co gorsza, dziewictwem.
Przywitawszy się z nim na peronie, zamachiwała się i wyciągała już rękę z torbą w jego kierunku, bo nawet gdyby nie był chłopcem na posyłki, to ona wciąż uznawała się za damę, którą etykieta uprawniała do wyznaczania samca od noszenia. Ale cholera, co jeśli złapałby i uciekł? Miała w środku kilka drogocennych okazów, których nie byłaby w stanie uzupełnić. I mówiąc o okazach, gdy tylko weszli do pociągu to zdjęła tweedową marynareczkę, którą zawiesiła na wieszaczku przedziału i od razu wyciągnęła jeden z nich - książkę. Była całkiem wdzięczna za ciszę, ale po pewnym czasie stwierdziła, że gapienie się bezproduktywnie w dal przez faceta było nie tylko dosyć kretyńskie, ale i rozpraszające.
— Chcesz coś poczytać? Znajdę jakieś przygodówki jeśli lubisz takie klimaty — wysunęła, otwierając skórzaną torbę, zaczarowaną tak aby pomieścić kilka ciężkich tomiszczy i nie nadwyrężyć wątłego, kobiecego ciała.
Niczym pani z reklamy, zaprezentowała mu okładkę Don Kichota i nawet podała do ręki (kątem oka obserwowała czy aby na pewno są w miarę czyste), żeby sobie obejrzał.
— Pierwszy raz czego? — miała zapytać z ironicznym ozdobnikiem, ale głos jej jakoś na to nie pozwolił i koniec końców zabrzmiała zdecydowanie bardziej tępawo niż mrocznie.
Żałowała rozpoczęcia dialogu, czując działalność jakiejś galaktyczna klątwy siejącej spustoszenie w jej poczuciu winy. Niewidzialna siła kazała jej ciągnąć rozmowę, choć nawet nie wiedziała jak, o czym i dlaczego.
O czym ona miała z nim rozmawiać?
O co mogła zapytać?
Gdzie kupował ciuchy?
Od jak dawna znał Fontaine? Co ich łączyło? (bardzo nie chciała znać szczegółów tej historii).
Koniec końców, eureka przyszła sama. Przełknęła głośno ślinę, czubek nosa wystawiając poza swoją książkę.
— Uhmm, to... lubisz tę pracę?
Fontaine ją zapewniła, że na facecie można polegać, w co Septima głęboko wątpiła. Czy mu ufała? Absolutnie nie. Czy ufała Fontaine? Nie.
Czy ufała sobie?
Również nie.