04.11.2023, 13:19 ✶
Pierwsze wrażenie Sarah niekoniecznie było dalekie od prawdy. Cathal jeśli nie był gburem na pełny etat, to na pewno bywał nim okazjonalnie. Nie wspominając już o tym, że był też diablo uparty, niekiedy upierając się przy czymś dla samego faktu – jak teraz, kiedy nie raczył się przedstawić. Chociaż zapewne był świadomy, że gdyby Macmillanówna też się uparła, ustaliłaby jego dane – w końcu potomków Gauntów pozostała na świecie garstka, wszyscy w bocznych liniach.
Może wreszcie przekleństwo Slytherina umrze wraz z nimi. Czy to dlatego, że wymrą jeden po drugim, czy dlatego, że krew rozwodni się i głosy w głowach kolejnych pokoleń umilkną raz na zawsze.
O ile ich drogi kuzyn nie zostanie drugim, jeszcze gorszym Salazarem, oczywiście. Akurat w chwili, kiedy wydawało się, że klątwa przestanie działać, mógł pojawić się ktoś, kto był wreszcie godnym potomkiem Slytherina. Swoista ironia losu, z której jednak Cathal w stu procentach nie zdawał sobie sprawy, bo nigdy nie miał (nie)przyjemności spotkania Riddla osobiście.
– Od razu do Azkabanu i jeszcze mortadela na obiad, śniadanie i kolacje? Masz w sobie wiele sadystycznych skłonności – zakpił. A może mówił poważnie? W końcu ten niewinny, niemalże eteryczny wygląd Sarah, jej uśmiech i seplenienie o niczym jeszcze nie świadczyły. Była Gauntówną. Okrucieństwo płynęło w ich krwi, nawet jeżeli nie nieśli go w sercach, a to co, działo się w Wielkiej Brytanii jasno pokazywało, że nie należało ufać miłym uśmiechom.
Już idąc na tyły posiadłości, obejrzał się na nią, gdy podjęła swoją myśl. Z pewnym namysłem: może wywołanym tym, że go zaskoczyła, a może jedynie rozważaniem jej słów.
– Czyste szaleństwo było raczej pokłosiem innych rzeczy – mruknął w końcu, odwracając spojrzenie jasnych oczu – oczu Gauntów, nie Shafiqów – od dziewczyny i kierując je na gąszcz, który spowijał niegdyś piękny ogród na tyłach domu. Pomyślał, że jego matka najpierw zapłakałaby gorzko na ten widok, a potem zakasała ręce do pracy i zabrała się za ogarnianie tego bałaganu. Ona była jedną z tych Gauntówien dumnych z rodzinnego dziedzictwa, dumnych z tej posiadłości i do ostatnich dni bredzących w dodatku coś o kradzieży rodzinnych pamiątek. – O pewnych rzeczach lepiej zapomnieć, panno Macmillan. Tym bardziej, że jak sądzę… dawni panowie tego domu właśnie tego by sobie nie życzyli.
Pamięć, tradycja i tożsamość była w końcu dla nich wszystkim.
Do licha, Cathal naprawdę miał ochotę czasem to miejsce podpalić. Ale nie umiałby się na to zdobyć. W końcu, w pewnym sensie, historia i pamięć były też wszystkim dla niego.
– To nie jakaś klątwa? – zapytał trochę podejrzliwie, zastanawiając się, czy nie powinien ściągnąć tu Alethei. Bo chwasty naprawdę zdawały się robić im na złość…
@Sarah Macmillan
Może wreszcie przekleństwo Slytherina umrze wraz z nimi. Czy to dlatego, że wymrą jeden po drugim, czy dlatego, że krew rozwodni się i głosy w głowach kolejnych pokoleń umilkną raz na zawsze.
O ile ich drogi kuzyn nie zostanie drugim, jeszcze gorszym Salazarem, oczywiście. Akurat w chwili, kiedy wydawało się, że klątwa przestanie działać, mógł pojawić się ktoś, kto był wreszcie godnym potomkiem Slytherina. Swoista ironia losu, z której jednak Cathal w stu procentach nie zdawał sobie sprawy, bo nigdy nie miał (nie)przyjemności spotkania Riddla osobiście.
– Od razu do Azkabanu i jeszcze mortadela na obiad, śniadanie i kolacje? Masz w sobie wiele sadystycznych skłonności – zakpił. A może mówił poważnie? W końcu ten niewinny, niemalże eteryczny wygląd Sarah, jej uśmiech i seplenienie o niczym jeszcze nie świadczyły. Była Gauntówną. Okrucieństwo płynęło w ich krwi, nawet jeżeli nie nieśli go w sercach, a to co, działo się w Wielkiej Brytanii jasno pokazywało, że nie należało ufać miłym uśmiechom.
Już idąc na tyły posiadłości, obejrzał się na nią, gdy podjęła swoją myśl. Z pewnym namysłem: może wywołanym tym, że go zaskoczyła, a może jedynie rozważaniem jej słów.
– Czyste szaleństwo było raczej pokłosiem innych rzeczy – mruknął w końcu, odwracając spojrzenie jasnych oczu – oczu Gauntów, nie Shafiqów – od dziewczyny i kierując je na gąszcz, który spowijał niegdyś piękny ogród na tyłach domu. Pomyślał, że jego matka najpierw zapłakałaby gorzko na ten widok, a potem zakasała ręce do pracy i zabrała się za ogarnianie tego bałaganu. Ona była jedną z tych Gauntówien dumnych z rodzinnego dziedzictwa, dumnych z tej posiadłości i do ostatnich dni bredzących w dodatku coś o kradzieży rodzinnych pamiątek. – O pewnych rzeczach lepiej zapomnieć, panno Macmillan. Tym bardziej, że jak sądzę… dawni panowie tego domu właśnie tego by sobie nie życzyli.
Pamięć, tradycja i tożsamość była w końcu dla nich wszystkim.
Do licha, Cathal naprawdę miał ochotę czasem to miejsce podpalić. Ale nie umiałby się na to zdobyć. W końcu, w pewnym sensie, historia i pamięć były też wszystkim dla niego.
– To nie jakaś klątwa? – zapytał trochę podejrzliwie, zastanawiając się, czy nie powinien ściągnąć tu Alethei. Bo chwasty naprawdę zdawały się robić im na złość…
@Sarah Macmillan