adnotacja moderatora
Rozliczono - Stanley Borgin - osiągnięcie Badacz tajemnic I
Grzyb z grzybem się nie zejdzie, ale grzybiarz z grzybiarzem zawsze
Teleportacja nigdy nie była przyjemna. Wprowadzała zamęt, świat wirował i barwy zlewały się szarą breję, dlatego preferowała zamykać oczy. Nie trwało to długo, a jednak sekundy wlekły się w nieskończoność. Dwie sylwetki zjawiły się znikąd, stopami przywierając do brukowanej uliczki, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Wiatr był nieco chłodniejszy, niż na Pokątnej, pachniał trochę wodą, a w powietrzu skrzeczały mewy. Gdyby dookoła nie panował taki pośpiech, nie przejeżdżałyby samochody lub nawet powozy, których drewniane koła stukały w akompaniamencie końskich kopyt o kostkę, dałoby się usłyszeć szum. Nie byli już w Wielkiej Brytanii. Wyprostowała się, unosząc powieki i omiotła wzrokiem przestrzeń dookoła, łapiąc głębszy oddech. Wciąż czuła uścisk na żołądku, drobne zawroty głowy, ale było to zbyt mało, aby powstrzymało ją to przed ruszeniem przed siebie. Zerknęła na niego tylko przelotnie, prowadząc go bez słowa za sobą i skręcając w prawo, gdzie szli dobre pięć minut, aż dotarli do starej kamienicy. Miasteczko wydawało się popularne, mógł dostrzec mnóstwo turystów, którzy mówili w wielu językach świata. Mieszkanie, które się tu znajdowało, było prezentem — jedynym przydatnym, nie licząc schowanego w jej szkatułce pierścionka — od nieboszczyka Edwarda. I nawet ojciec o tym nie wiedział, nie widniało pod jej nazwiskiem. Zabezpieczone było tak, że bez konkretnego adresu i świadomości, że było właśnie w tym budynku, znalezienie go zdawało się niemożliwe. Nie weszli jednak do klatki, drzwi pojawiły się nagle, ciemnozielone o złotej klamce. Wyjęła z kieszeni płaszcza kluczyk, otwierając zamek i wpuszczając go do środka, zamknęła za nimi, uciszając panujący na zewnątrz harmider. Dopiero tu go puściła, pozwalając sobie na zsunięcie płaszcza i rzucenie go razem z torebką na krzesło stojące nieco głębiej we wnętrzu dość dużego pomieszczenia. Łączyło ono ze sobą malutką kuchnię i salon, chociaż znaczną część zajmowały regały uginające się od ksiąg, składników czy fiolek. Dominował też duży kominek, wykonany z kamieni w odcieniach szarości, który zresztą Cynhia rozpaliła zaraz za pomocą prostego zaklęcia. Był wieczór, a ciężkie zasłony skutecznie uniemożliwiały wyjrzenie przez okno, które znajdowało się za stołem. Wpatrywała się chwile w ogień, który leniwie pochłaniał drewno, skwiercząc leniwie. Przed kominkiem znajdował się fotel, mała kanapa o głębokim siedzisku oraz mały, okrągły stolik — tkwiło to wszystko na dywanie, jedynej ozdobie drewnianej, starej podłogi. Dominowały tu neutralne kolory, zieleń razem z beżem oraz odcieniami szarości, wszystko stonowane i pomagające utrzymać skupienie. Wszystko było trochę zakurzone, jednak w powietrzu nie było czuć stęchlizny, a delikatny zapach kwiatu pomarańczy oraz pergaminów, których stos leżał porzucony na stole. Odłożyła różdżkę, odwracając się przodem do swojego gościa i omiotła go spojrzeniem, zatrzymując się na oczach Stanleya i unosząc brwi. Skrzyżowała ręce pod biustem, zadając mu nieme pytanie, jakby oczekiwała, że mężczyzna się domyśli, o co jej chodzi. I faktycznie, nie powinno to stanowić dla niego absolutnie żadnego problemu. Zrobiła krok w jego stronę, a potem następny, zatrzymując się tak, że musiała nieco odchylić głowę, aby na niego spojrzeć — pomimo obcasów, które chwilę wcześniej przerwały ciszę panującą w mieszkaniu. Stuknęła palcami o swoje ramiona, a na pasmach jasnych włosów zatańczyły refleksy kominkowego ognia. Nigdy nie była dobra w rozmówki, chociaż spojrzenie miała bardzo wymowne, ale o tym Stanley też wiedział. - Jesteś mi winien przysługę za ten atlas. A więc chcę, żebyś zrzucił maskę, bo wtedy i ja będę mogła to zrobić. - oznajmiła mu cicho, chociaż i tak nie zamierzała nigdzie na niego donosić lub też wykorzystywać go w załatwianiu spraw, które mógł ją podejrzewać.