Mabel nie wpadło do głowy, że jako królowa mogłaby faktycznie decydować o tym, co komu przystoi a co nie. Kiedy ciocia odstawiła ją na ziemię, ta myśl tak mocno wwierciła się w jej główkę, że dziewczyna zmarszczyła brwi i umilkła na chwilę. Jeśli jako królowa mogła by decydować dosłownie o wszystkim, to czy mogłaby kazać znieść monarchię? A jeśli tak by zrobiła, to nie byłaby już królową i nie mogłaby o niczym decydować. A co gdyby zdecydowała, żeby wszyscy zostali królowymi? Czy wtedy gdyby ktoś zdecydował coś innego niż ona, to nadal byłaby królową i czyja decyzja byłaby ważniejsza?
Z tech bardzo poważnych rozmyślań, wyrwał ją widok łąki, upstrzonej kwiatami, ziołami i innymi roślinami. Było tak pięknie jak w Dolinie Godryka, tak pięknie jak w ogródku dziadków albo Warowni Longbottomów. A może nawet piękniej. Widok tak ją zachwycił, że przez chwilę stała w bezruchu, po prostu go chłonąc. W końcu zdecydowała, że przede wszystkim musi nazbierać kwiatów, żeby potem móc je obejrzeć siedząc na kocu. Poza tym bardzo chciała przynieść duży bukiet dla mamy do cukierni.
- Jak chcesz ciociu, to możesz sobie usiąść.- wiedziała, że dorośli szybciej się męczą i postanowiła być dla Brenny wielkoduszną królową. - Ja idę pozbierać kwiaty.- oznajmiła i ruszyła przez łąkę. Nie szła w żadnym konkretnym kierunku, ani nie miała zdawałoby się żadnej metody w doborze roślin, które zrywała. Były tam większe i mniejsze kwiatki, o różnym kształcie i kolorze płatków, była wysoko rosnąca trawa, i roślina o szeroko rozczapierzonych liściach.
W pewnym momencie Mabel zauważyła motyla, który przelatywał ponad kwiatami i przez chwilę szła za nim, obserwując go z ciekawością aby pomachać mu kiedy ten odleciał w górę i w bok, w stronę lasu. Dziewczynka czasem chciałaby zamieniać się miejscami z motylem. Motyl mógł cały dzień fruwać wolny, zapylać kwiaty i był piękny. Ona miała rude włosy i piegi, z których niektóre dzieci trochę się wyśmiewały, musiała robić to co kazali jej dorośli i swoje dni spędzała w mieście, zamiast na łąkach. Nagle uświadomiła sobie, że pewnie już nigdy nie wróci na stałe do Doliny Godryka, a jej mama nawet nie mogła być tego dnia z nią, bo musiała pracować, żeby obie miały co jeść. Tymczasem Roger, kolega z magicznego przedszkola, miał obu rodziców, bogatych dziadków i zostawał tam tylko dlatego, że jego mama miała urwanie głowy z trójką jego młodszego rodzeństwa. Te myśli trochę zepsuły jej nastrój, więc postanowiła wrócić na koc, gdzie usiadła z nadąsaną miną.
- Ciociu, czy da się zarobić dużo pieniędzy sprzedając rośliny? - zapytała trochę niepewnie. Do tej pory kwestia pieniędzy nie bardzo ją obchodziła. Nie zastanawiała się jakoś bardzo, skąd je mają ani, że jedni mieli ich więcej a drudzy mniej. Kiedy czegoś potrzebowała, a nie mogła tego dostać od mamy, zwykle wystarczyło słówko do cioci albo wujka i to dostawała w takiej czy innej formie. Ale to było co innego, nie mogła przecież poprosić cioci Brenny, żeby dała jej mamie tyle pieniędzy, żeby obie mogły zamieszkać w małym domku w jakimś ustronnym kąciku Doliny na zawsze. Wątpiła, czy ciocia miała tyle pieniędzy, chociaż do tej pory jej dziecinne potrzeby zawsze były zaspokajane.