Flynn uśmiechnął się niezręcznie, nie komentując w żaden sposób tego co Cain powiedział, ale przez myśl przeszło mu: serce...? Czyli miał u niego jakieś szanse po tym jak spierdolił mu z zasięgu wzroku na kilka lat? Zaśmiałby się okrutnie, bo dostrzegał tutaj jakiś wzór, ale dostrzegając jakiś wzór nie mógł nie dostrzec w nim Alexandra. Był już czyjś, powinien to uciąć, te uczucia piekące go teraz w duszę, ale jednocześnie był człowiekiem zepsutym - co więc z tego, że czyjeś serce nie było zabawką, co z tego, że nie powinien czegoś robić, skoro chciał. Sam to sobie zgotował łapiąc go za fraki. Gdyby się do niego nigdy nie zbliżył, to by pewnie rozmawiali stojąc kilka metrów od siebie, albo nie rozmawiali wcale, skoro Bletchley i tak chciał sobie stąd iść. Zamiast tego ciepło cudzych rąk miało z nim zostać jeszcze na długo. Chłop do takiej bliskości lgnął jak ćma do lampy, nie potrafił tego w sobie zatrzymać, jeżeli mu się nie wyznaczyło sensownej granicy.
Bycie do bólu uroczym z pewnością jej nie wyznaczało. Pełne słońca i zrozumienia wspomnienia również. W dodatku Cain się tak uroczo śmiał, może Edge też był tu w jakimś sensie ofiarą, bo to było aż okrutne... jak można było wrócić do jego życia bo miało się taki kaprys, a potem mącić mu w głowie, uspokajając go gestami i słowami, jakich się człowiek po takim czasie nie spodziewał. Czuł jednak jakąś linię - tworzyła ją sytuacja, w której człowiek czytający z niego jak z otwartej książki, pamiętający każdy detal ich relacji, obnażał się z braku wiedzy o jego korzeniach, o tym co go uczyniło każdym z jego wcieleń po kolei. On nie wiedział nic. Przez te wszystkie dni nie zdradził mu nawet swojego prawdziwego imienia, tego jakie nosił jeszcze przed cyrkiem, zanim siedział na chodniku, a w głowie rozbrzmiewał mu dzwięk odjeżdżającego auta.
- Zalążek... ty chyba jednak nie rozumiesz tego za dobrze.
To nie był żaden zalążek rodziny, nie chciał aby ich tak nazywano. To była jego rodzina, to byli jego bliscy, jego towarzysze życia. I to go chyba właśnie obudziło - aż napiął się i wyprostował plecy. Jeżeli Bletchley opowie o tym spotkaniu Atreusowi w taki sposób, to ten może na zawsze skojarzyć tę dzieciarnię z cyrkiem. Ostatnim czego tutaj potrzebował był Auror.
- To były po prostu dzieci bawiące się w Little Hangleton, Cain. - Przetarł twarz dłońmi, wydając z siebie dziwny dźwięk, jakby nie mógł się skupić i potrzebował coś w sobie odblokować. - Ten przygłup myślał, że są moje i pobił mnie biorąc mnie za ich ojca. Czy ja ci w ogóle wyglądam na kogoś, kto mógłby być czyimś ojcem? - Ojcem, a nie biorącym udział we wpadce. Nie po to się przecież ubierał w te skórzane ubrania i nosił przy pasku zestaw noży, żeby go ktokolwiek brał za kogoś delikatnego. On się bardzo świadomie kreował na kogoś, kto miał aparycją przerażać, a nie wzbudzać wrażenie, jakby miał prowadzić te małe wypierdki za rękę do przedszkola. Mogły być szczęśliwe kiedy je podrzucał, ale na tym kończyła się jego rola. Jakby go któraś desperatka próbowała złapać metodą na dziecko, czekałoby ją wielkie rozczarowanie. Podobno każdy prędzej czy później wdawał się w swoich rodziców. Jedynym co Flynn wiedział o swoich było to, że go porzucili.
Został cyrkowcem?
- Nie powiedziałem ci nigdy, skąd pochodzę...? - Sam mógł sobie na to odpowiedzieć, ledwie chwilę temu to do niego dotarło. - No jasne, że ci nie powiedziałem, po co miałbym to robić... - Dobrze wiedział, że mogło zabrzmieć to dwojako, ale nie miał zamiaru się poprawiać. Nie sugerował tutaj braku jego wartości, a porzucenie tego za sobą, kiedy wyjechał do Londynu - po cholerę miałby się tym z kimkolwiek dzielić?
A po co miał mówić o tym teraz?
Ponownie zmierzył Caina wzrokiem. Następnie rozejrzał się wokoło, nerwowo pocierając swoje ramię. Wyglądał na o wiele bardziej wyluzowanego niż wcześniej, bo takie słowa zawsze działały na niego uspokajająco, ale wciąż pozostawał sobą - w nim zawsze buzowały emocje.
- Nigdy nie było momentu, w którym nie byłem cyrkowcem, Cain. Miałem po prostu krótką - kilkunastoletnią... - przerwę... Jestem ci winien jakieś wyjaśnienie - tak naprawdę to nie był winien mu nic, ale coś w nim mówiło mu, że chce się tym podzielić, tylko nigdy by tego z siebie nie wydusił - ale jeżeli to wróci z tobą do Londynu - mając tu na myśli plotkę, co się mogła o nim ponieść - to znajdę was obu.
Bycie do bólu uroczym z pewnością jej nie wyznaczało. Pełne słońca i zrozumienia wspomnienia również. W dodatku Cain się tak uroczo śmiał, może Edge też był tu w jakimś sensie ofiarą, bo to było aż okrutne... jak można było wrócić do jego życia bo miało się taki kaprys, a potem mącić mu w głowie, uspokajając go gestami i słowami, jakich się człowiek po takim czasie nie spodziewał. Czuł jednak jakąś linię - tworzyła ją sytuacja, w której człowiek czytający z niego jak z otwartej książki, pamiętający każdy detal ich relacji, obnażał się z braku wiedzy o jego korzeniach, o tym co go uczyniło każdym z jego wcieleń po kolei. On nie wiedział nic. Przez te wszystkie dni nie zdradził mu nawet swojego prawdziwego imienia, tego jakie nosił jeszcze przed cyrkiem, zanim siedział na chodniku, a w głowie rozbrzmiewał mu dzwięk odjeżdżającego auta.
- Zalążek... ty chyba jednak nie rozumiesz tego za dobrze.
To nie był żaden zalążek rodziny, nie chciał aby ich tak nazywano. To była jego rodzina, to byli jego bliscy, jego towarzysze życia. I to go chyba właśnie obudziło - aż napiął się i wyprostował plecy. Jeżeli Bletchley opowie o tym spotkaniu Atreusowi w taki sposób, to ten może na zawsze skojarzyć tę dzieciarnię z cyrkiem. Ostatnim czego tutaj potrzebował był Auror.
- To były po prostu dzieci bawiące się w Little Hangleton, Cain. - Przetarł twarz dłońmi, wydając z siebie dziwny dźwięk, jakby nie mógł się skupić i potrzebował coś w sobie odblokować. - Ten przygłup myślał, że są moje i pobił mnie biorąc mnie za ich ojca. Czy ja ci w ogóle wyglądam na kogoś, kto mógłby być czyimś ojcem? - Ojcem, a nie biorącym udział we wpadce. Nie po to się przecież ubierał w te skórzane ubrania i nosił przy pasku zestaw noży, żeby go ktokolwiek brał za kogoś delikatnego. On się bardzo świadomie kreował na kogoś, kto miał aparycją przerażać, a nie wzbudzać wrażenie, jakby miał prowadzić te małe wypierdki za rękę do przedszkola. Mogły być szczęśliwe kiedy je podrzucał, ale na tym kończyła się jego rola. Jakby go któraś desperatka próbowała złapać metodą na dziecko, czekałoby ją wielkie rozczarowanie. Podobno każdy prędzej czy później wdawał się w swoich rodziców. Jedynym co Flynn wiedział o swoich było to, że go porzucili.
Został cyrkowcem?
- Nie powiedziałem ci nigdy, skąd pochodzę...? - Sam mógł sobie na to odpowiedzieć, ledwie chwilę temu to do niego dotarło. - No jasne, że ci nie powiedziałem, po co miałbym to robić... - Dobrze wiedział, że mogło zabrzmieć to dwojako, ale nie miał zamiaru się poprawiać. Nie sugerował tutaj braku jego wartości, a porzucenie tego za sobą, kiedy wyjechał do Londynu - po cholerę miałby się tym z kimkolwiek dzielić?
A po co miał mówić o tym teraz?
Ponownie zmierzył Caina wzrokiem. Następnie rozejrzał się wokoło, nerwowo pocierając swoje ramię. Wyglądał na o wiele bardziej wyluzowanego niż wcześniej, bo takie słowa zawsze działały na niego uspokajająco, ale wciąż pozostawał sobą - w nim zawsze buzowały emocje.
- Nigdy nie było momentu, w którym nie byłem cyrkowcem, Cain. Miałem po prostu krótką - kilkunastoletnią... - przerwę... Jestem ci winien jakieś wyjaśnienie - tak naprawdę to nie był winien mu nic, ale coś w nim mówiło mu, że chce się tym podzielić, tylko nigdy by tego z siebie nie wydusił - ale jeżeli to wróci z tobą do Londynu - mając tu na myśli plotkę, co się mogła o nim ponieść - to znajdę was obu.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.