Bzzz, bzzz, bzzz. Słowa Sarah były dla niego podobne do bzyczenia komara, który wleciał przez uchylone okno do pomieszczenia i nie chciał dać o sobie zapomnieć. Normalnym odruchem jest, że chce się takiego komara zmienić w plamę na ścianie.... Prawda? Nie to, żeby Murtagh od razu miał podobne odczucia w stosunku do siostry, ale słowa, które wypadały z jej ust, wprawiały jego dłonie w świerzbienie. "Ona nawet nie wie..." myślał do siebie, zdejmując dłonie z biurka i opierając je na udach, gdzie jeden kciuk zaczął nerwowo skrobać skórę drugiego. "Nawet nie wie ile ma szczęścia, że jest moja siostrą. I może mówić to co mówi. Bo inaczej..." Skrobanie przybrało na sile, kiedy mężczyzna walczył z narastającą ochotą by wstać z fotela i sprzedać siostrze siarczysty policzek. Panny z dobry, czystokrwistych rodów nie powinny mieszać się w politykę.
— Tak Saro, to tylko mugole. Nie cieszy mnie specjalnie ich cierpienie samo w sobie, ale oni sami to na siebie ściągnęli. A może już zapomniałaś lekcje z Historii Magii? Gdybyśmy nie chowali się na obrzeżach świata, nakładając zaklęcia ukrycia na wszystkie ważne dla nas miejsca i zmieniając im pamięć, to oni bez wahania wypowiedzieli by nam wojnę. Polowali by na nas jak na zwierzęta. Ba, nawet zwierzęta polują, żeby przeżyć! Mugole robią to z czystej nienawiści.— Ta jego historyjka, jego narracja, była pełna dziur i niedopowiedzeń, ale tego mężczyzna akurat nie widział. Albo nie chciał widzieć. Jeśli mógł sobie jakoś wytłumaczyć i usprawiedliwić swoje postępowanie, to nie czuł niczego do swoich ofiar. I mógł się do woli rozkoszować ich cierpieniem, choć siostrę zapewnił o czymś zupełnie innym.
— ... Żebym posłuchała tych słów, zaczęła zabijać ludzi? — Nie, Saro! Matka i Merlin mi świadkiem, że próbuję trzymać cię od tego wszystkiego jak najbardziej z daleka! Chcę, żebyś znalazła sobie męża, urodziła mu dzieci, opiekowała się kowenem i była szczęśliwa! Część tych myśli musiała odmalować się na jego twarzy, podczas gdy jego nerwowe skrobanie kciuka przerodziło się w rozmyślne wbijanie twardego rantu rodowego sygnetu w dłoń. To właśnie chciał jej powiedzieć, ale wiedział, że jeśli otwarcie jej to powie, to tym bardziej zmotywuje ją szukania, kopania, i gotowa była naprawdę zacząć zamieniać się w niego, wyobrażając sobie, że wyciągnie go z tego bagna, jeśli sama wejdzie w nie wystarczająco głęboko. A on wiedział, że wtedy po prostu oboje by w nim utknęli.
— Nie, nie chcę. Chcę, żebyś przestała do cholery wtrącać się w nie swoje sprawy. Wracaj do kowenu, idź się pomodlić za pokój na świecie i mój powrót na łono rodziny. Może Matka cię wysłucha, porazi mnie piorun i wtedy będę już zawsze niedaleko, sześć stóp pod ziemią. — jego słowa były jadowite, pełne złości a jednocześnie brzmiała w nich nura fałszu. I nie wymagało bardzo tęgiego umysłu żeby zrozumieć, że nie wszystko z tego co mówi, jest tym co myśli.
— Chodzę po Nokturnie i torturuję szlamy. Wiesz, ostatnio takiej jednej dziewczynie wmówiłem, że jej chłopak ją zdradza z kobietą o wiele piękniejszą od niej, a potem ta kobieta zadała jej tyle bólu, że dziewczyna błagała, żebym ją zabił. — powiedział to tak beznamiętnym tonem, sięgając znów po kieliszek który odłożył na biurko, że zabrzmiało to dokładnie tak jakby mówił pierwszy lepszy absurd jaki mu przyjdzie do głowy, tylko po to żeby ją spławić. Czy Sarah miała szansę domyślić się, że usłyszała właśnie najczystszą prawdę?