Mabel niewiele zastanawiała się jeszcze nad tym co będzie, kiedy pójdzie do Hogwartu. Póki co miała swoich przyjaciół w magicznym przedszkolu, którzy całkiem jej odpowiadali. Czy pójdą razem z nią do szkoły? Cóż, to było dość prawdopodobne, zważywszy że wszyscy mieli magicznych rodziców. Czy ona jednak w ogóle chciała tam iść? Na ten moment jej myśli nie ogarniały możliwości, że będzie widywać się z mamą tylko dwa razy w roku. Przecież by uschła z tęsknoty!
Kiedy ciocia Brenna ją dogoniła, mimo spódnicy, porwała na ręce i uniosła w górę, Mabel zaczęła piszczeć i chichotać w wyrazie czystej, dziecięcej radości.
— Królowa mówi, że nie przystoi dyndać jej w powietrzu, jak gruszce!— wykrztusiła, między kolejnymi napadami chichotu. — Więc możesz mnie postawić. — dodała, nie do końca pewna czy ciocia zastosuje się do jej polecenia.
Jeśli Brenna to zrobiła, Mabel wzięła ją znów za rękę, odgarniając z twarzy kolejne kosmyki, które w trakcie ich pogoni uciekły z jej fryzury. Dziewczynka bardzo cieszyła się z tego spotkania, spaceru i możliwości wyrwania się z miasta. Ale nie była kompletnie głupia - widziała, że pod oczami cioci kładą się ciemne cienie, a dorośli rozmawiają przyciszonymi głosami o czymś smutnym, kiedy ona nie słuchała. No i od Beltane na każdą prośbę o odwiedzenie Doliny Godryka słyszała kategoryczne "nie", chociaż przecież to było jej ulubione, ukochane i najbezpieczniejsze na świecie miejsce. Dlatego nie zamierzała cioci dokuczać, więcej niż to konieczne, bo ona chyba też potrzebowała tego spędzonego wspólnie czasu.