23.10.2023, 23:35 ✶
— Straciłam każdy zaufany kontakt — odparła, przypominając sobie, że właściwie to mu o tym jeszcze nie wspominała — jestem pewna, że znalazłby się ktoś kto nie przepadnie jak kamień w wodę po odebraniu zaliczki. Albo ktoś kto nie zacznie nagle wyzywać mnie od, pozwól że zacytuję i użyję tego słowa, "szmaty" i to po kilku dobrych latach współpracy. Ale może to cię nie dziwi, ja naprawdę nie znam się na zbirach.
Licząc na to, że go tym ostatnim zdaniem troszkę rozbawi, dosypała mu do tego słodko-gorzkiego wywaru kilku ziaren prawdy. Szukając znajomości i kontaktów na Nokturnie, powinna była wiedzieć, że koneksje przychodziły i odchodziły, ale do tej pory nie posiadała większych problemów w tym zakresie. Za dużo igrała z losem jak na pannę z rzekomo dobrego domu, ale bystre nurty wody nie zbaczały ze znanych sobie solidnych wyżłobień.
— Poleć mi kogoś. Albo... wybierz się ze mną.
Szczęka jej trochę zadrgała gdy wypowiedziała te słowa; z jednej strony nie chciała by wziął ją na poważnie. Z drugiej - zrobiłoby jej się najzwyczajniej w świecie przykro, gdyby złapał się za boki i ją siarczyście wyśmiał. W całym tym swoim zaabsorbowaniu nadchodzącą reakcją, nie zdawała sobie sprawy z nieświadomego okrucieństwa, jakie mogła mu zadawać. Gdyby tylko usłyszała od niego podobne słowa, serce pogalopowałoby po szynach całego ciała, zrobiłoby kilka salt, a koniec końców rozum powiedziałby, że nie, to nie jest dobry pomysł. W swojej ciasno przyszytej, septimowej rozwadze, zawsze znajdowało się drobniutkie ujście, uchybienie, które nie wiedzieć czemu, formowało się właśnie przy postaci Leviathana.
Złapała go przelotnie za dłoń, zbliżywszy się do ustępu. Droga, którą niekiedy podążali, ani nie zapraszała, ani nie odpędzała złowrogo nadchodzących wędrowników.
Trochę uprzykrzała, niczym nadąsane dziecko.
— Czy ojciec wcześniej nie wspominał niczego na ten temat? — zapytała, chociaż sama nie była przekonana czy drążenie wątku było świetnym pomysłem. Nie, najpewniej nie było, ciekawość wygrała tę walkę.
— Wiesz już właściwie kt-to — najpierw się zacięła jak stary gramofon, a potem urwała nagle oraz ostatecznie, zaczepiając pantofel o wystającą gałąź i tym samym, pofrunęła do przodu. Przed siebie. Na glebę, albo Rowle'a, trudno stwierdzić, bo zamknęła oczy, tak jakby na ślepego nic nie bolało.
Być może smocze dusze rezerwatu posiadały Leviego w swojej opiece.
Licząc na to, że go tym ostatnim zdaniem troszkę rozbawi, dosypała mu do tego słodko-gorzkiego wywaru kilku ziaren prawdy. Szukając znajomości i kontaktów na Nokturnie, powinna była wiedzieć, że koneksje przychodziły i odchodziły, ale do tej pory nie posiadała większych problemów w tym zakresie. Za dużo igrała z losem jak na pannę z rzekomo dobrego domu, ale bystre nurty wody nie zbaczały ze znanych sobie solidnych wyżłobień.
— Poleć mi kogoś. Albo... wybierz się ze mną.
Szczęka jej trochę zadrgała gdy wypowiedziała te słowa; z jednej strony nie chciała by wziął ją na poważnie. Z drugiej - zrobiłoby jej się najzwyczajniej w świecie przykro, gdyby złapał się za boki i ją siarczyście wyśmiał. W całym tym swoim zaabsorbowaniu nadchodzącą reakcją, nie zdawała sobie sprawy z nieświadomego okrucieństwa, jakie mogła mu zadawać. Gdyby tylko usłyszała od niego podobne słowa, serce pogalopowałoby po szynach całego ciała, zrobiłoby kilka salt, a koniec końców rozum powiedziałby, że nie, to nie jest dobry pomysł. W swojej ciasno przyszytej, septimowej rozwadze, zawsze znajdowało się drobniutkie ujście, uchybienie, które nie wiedzieć czemu, formowało się właśnie przy postaci Leviathana.
Złapała go przelotnie za dłoń, zbliżywszy się do ustępu. Droga, którą niekiedy podążali, ani nie zapraszała, ani nie odpędzała złowrogo nadchodzących wędrowników.
Trochę uprzykrzała, niczym nadąsane dziecko.
— Czy ojciec wcześniej nie wspominał niczego na ten temat? — zapytała, chociaż sama nie była przekonana czy drążenie wątku było świetnym pomysłem. Nie, najpewniej nie było, ciekawość wygrała tę walkę.
— Wiesz już właściwie kt-to — najpierw się zacięła jak stary gramofon, a potem urwała nagle oraz ostatecznie, zaczepiając pantofel o wystającą gałąź i tym samym, pofrunęła do przodu. Przed siebie. Na glebę, albo Rowle'a, trudno stwierdzić, bo zamknęła oczy, tak jakby na ślepego nic nie bolało.
Być może smocze dusze rezerwatu posiadały Leviego w swojej opiece.