22.10.2023, 16:10 ✶
Niezauważenie Brenny w Hogwarcie było jeszcze bardziej zrozumiałe niż niezauważenie jej po nim (co też nie było niezwykłe, jeśli akurat nie wpadała w tryb huraganu, zgarniającego wszystko i wszystkich na swojej drodze). Zwłaszcza jeśli interesowały cię dziewczyny. W szkole zazwyczaj miała u swojego boku jeśli nie Mavelle, to Danielle, a jeśli nie żadną z nich dwóch, to prawdopodobnie Victorię lub Cynthię, ewentualnie obie na raz, a gdy akurat żadnej nie było w pobliżu, z dużym prawdopodobieństwem były za to Nora albo Jane. Gdyby Brenna miała wyrokować – chociaż nie mogła, bo nie czytała w myślach – zakładałaby, że po prostu Changówna zawsze patrzyła na tę ciekawszą dziewczynę obok niej.
– Uwierzę na słowo, zresztą jestem pewna, że jego byście nie chcieli – zapewniła Brenna, bo w końcu po co byliby im potrzebni tutaj mężczyźni w momencie, w którym ich kieszenie opustoszeją z galeonów, sykli i knutów. – Naprawdę? I wiele zostaje? – odparła, też się uśmiechając, bo rzeczywiście wzięła słowa za żart.
Anonimowość...
Nie była głupia, chociaż taka mogła się zdawać, skoro tu weszła. Głupia tylko czasem bywała. Doskonale wiedziała, że w palarni Changów bywali przestępcy, że zapewne sprzedawano tu nielegalne substancje i że wielu bywalców powinna aresztować. Brenna patrzyła jednak na świat stosunkowo trzeźwo i po pierwsze, wiedziała, że bez dowodów nigdy wiele się nie zrobi, po drugie - że nie ma co ganiać Changów i podejmować się beznadziejnego zadania wniesienia na Nokturn prawa i porządku, kiedy na ulicach krążyli śmierciożercy. Stąd trzeba było po prostu wymiatać te największe śmieci.
– Nie wiem, czy to uzupełni rysopis, ale jest też niereformowalnym idiotą, więc prawdopodobnie nie miał oporów wobec podawania imienia. Znamię jest o tutaj, czerwone – wyjaśniła, dotykając policzka. A skoro Maeve domagała się więcej szczegółów… to Brenna weszła w tryb „widmowidz dyktujący ilustratorce instrukcje do rysopisu pamięciowego”. – Kształt twarzy trójkątny, wysokie czoło, oczy głęboko osadzone, nos bulwiasty, włosy kędzierzawe. Kiedy wychodził z domu miał na sobie szarą szatę z naszywką Srok z Merlose, ale nie zdziwiłabym się, gdyby zgubił ją gdzieś po drodze – wyrecytowała Brenna. – Będę niezmiernie wdzięczna. W ramach podziękowania mogę kupić… właściwie co tam polecisz – powiedziała, machając dłonią w stronę półek. Nie chciała sama dopytywać o żaden produkt, bo wtedy jeszcze zostałoby uznane to za podejrzane. Że próbuje tu wypatrzeć te bardziej nielegalne kadzidła albo coś takiego.
Uniosła nieco brwi, obserwując jak rany znikają. W porządku, takiej sztuczki dotąd nie widziała. I nie wpadłaby na to, że była to ta sama sztuczka, która zmieniła kolor oczu Changówny na tej niesamowity fiolet, jakiego raczej u ludzi nie widywało się na co dzień. Prawdę mówiąc, Brenna nie widziała takich u nikogo.
– Bre – przedstawiła się. Znowu zgodnie z prawdą, bo był to skrót od imienia, przez niektórych używany, a ot pełnego nie chciała podawać, żeby przypadkiem nie wywołało jakichś dzwonków w głowie, akurat kiedy istniała szansa, że tego drania faktycznie dorwie, zawlecze do matki, a gdzieś po drodze wepchnie mu głowę do wody, trochę by otrzeźwiał, a trochę z czystej mściwości. Nawet Brenna przeczuwała, że istnieją przypadki beznadziejne i Brian z pewnością takim był.
Bez oporów podała rękę Maeve. Uścisk miała mocny i to z pewnością nie były ani uścisk, ani dłoń damy, bo na wnętrzu dłoni pozostawały drobne odciski, niemożliwe do usunięcia na stałe nawet wszystkimi maściami Nory i kosmetykami Potterów. Nie, kiedy nie tylko zdarzało się jej regularnie tłuc z Mavelle wręcz, ale jeszcze na broń białą z bratem czy Geraldine. Ledwo więc zaczynały znikać, zaraz – ku ubolewaniom matki – pojawiały się nowe.
– Uwierzę na słowo, zresztą jestem pewna, że jego byście nie chcieli – zapewniła Brenna, bo w końcu po co byliby im potrzebni tutaj mężczyźni w momencie, w którym ich kieszenie opustoszeją z galeonów, sykli i knutów. – Naprawdę? I wiele zostaje? – odparła, też się uśmiechając, bo rzeczywiście wzięła słowa za żart.
Anonimowość...
Nie była głupia, chociaż taka mogła się zdawać, skoro tu weszła. Głupia tylko czasem bywała. Doskonale wiedziała, że w palarni Changów bywali przestępcy, że zapewne sprzedawano tu nielegalne substancje i że wielu bywalców powinna aresztować. Brenna patrzyła jednak na świat stosunkowo trzeźwo i po pierwsze, wiedziała, że bez dowodów nigdy wiele się nie zrobi, po drugie - że nie ma co ganiać Changów i podejmować się beznadziejnego zadania wniesienia na Nokturn prawa i porządku, kiedy na ulicach krążyli śmierciożercy. Stąd trzeba było po prostu wymiatać te największe śmieci.
– Nie wiem, czy to uzupełni rysopis, ale jest też niereformowalnym idiotą, więc prawdopodobnie nie miał oporów wobec podawania imienia. Znamię jest o tutaj, czerwone – wyjaśniła, dotykając policzka. A skoro Maeve domagała się więcej szczegółów… to Brenna weszła w tryb „widmowidz dyktujący ilustratorce instrukcje do rysopisu pamięciowego”. – Kształt twarzy trójkątny, wysokie czoło, oczy głęboko osadzone, nos bulwiasty, włosy kędzierzawe. Kiedy wychodził z domu miał na sobie szarą szatę z naszywką Srok z Merlose, ale nie zdziwiłabym się, gdyby zgubił ją gdzieś po drodze – wyrecytowała Brenna. – Będę niezmiernie wdzięczna. W ramach podziękowania mogę kupić… właściwie co tam polecisz – powiedziała, machając dłonią w stronę półek. Nie chciała sama dopytywać o żaden produkt, bo wtedy jeszcze zostałoby uznane to za podejrzane. Że próbuje tu wypatrzeć te bardziej nielegalne kadzidła albo coś takiego.
Uniosła nieco brwi, obserwując jak rany znikają. W porządku, takiej sztuczki dotąd nie widziała. I nie wpadłaby na to, że była to ta sama sztuczka, która zmieniła kolor oczu Changówny na tej niesamowity fiolet, jakiego raczej u ludzi nie widywało się na co dzień. Prawdę mówiąc, Brenna nie widziała takich u nikogo.
– Bre – przedstawiła się. Znowu zgodnie z prawdą, bo był to skrót od imienia, przez niektórych używany, a ot pełnego nie chciała podawać, żeby przypadkiem nie wywołało jakichś dzwonków w głowie, akurat kiedy istniała szansa, że tego drania faktycznie dorwie, zawlecze do matki, a gdzieś po drodze wepchnie mu głowę do wody, trochę by otrzeźwiał, a trochę z czystej mściwości. Nawet Brenna przeczuwała, że istnieją przypadki beznadziejne i Brian z pewnością takim był.
Bez oporów podała rękę Maeve. Uścisk miała mocny i to z pewnością nie były ani uścisk, ani dłoń damy, bo na wnętrzu dłoni pozostawały drobne odciski, niemożliwe do usunięcia na stałe nawet wszystkimi maściami Nory i kosmetykami Potterów. Nie, kiedy nie tylko zdarzało się jej regularnie tłuc z Mavelle wręcz, ale jeszcze na broń białą z bratem czy Geraldine. Ledwo więc zaczynały znikać, zaraz – ku ubolewaniom matki – pojawiały się nowe.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.