20.10.2023, 00:10 ✶
Każdy człowiek jest w czymś dobry. Niestety bycie w czymś dobrym nie oznaczało od razu, że to coś było w jakikolwiek sposób wartościowe dla świata - można było swoimi działaniami dążyć do destrukcji i chaosu, chociażby tak jak w przypadku Flynna, który pomimo bycia uosobieniem życiowej porażki, jaką straszyło się niewychowane dzieci, również posiadał kilka wyraźnych talentów. Dokładniej mówiąc: posiadał trzy bardzo wyraźnie rysujące się na kartach jego biografii talenty, wyjątkowo uwielbiane przez jego bliskich, kiedy najpierw robił im jakieś świństwa, a później jak gdyby nigdy nic domagał się ich uwagi.
Talent pierwszy, szczycił się nim od lat, potrafił zepsuć humor absolutnie każdemu. Nikt ci tak idealnie nie zrujnuje dnia jak człowiek wiecznie zagubiony w tym co powinien zrobić i reagujący agresją na każde niepowodzenie i przytyk w jego kierunku. Połączywszy to ze słownictwem godnym rynsztoka i tym, że się bardzo często zachowywał jak kompletny imbecyl - ciężko mu było w tym wyścigu dorównać, o ile się nie zamordowało czyiś rodziców. Talent drugi, tym wolał się raczej nie chwalić, był naprawdę dobrym człowiekiem od brudnej roboty, jeżeli się potrafiło przekonać go do tego, że powinien ci pomagać. Nie lubił zadawać innym krzywdy, jeżeli sobie na to nie zasłużyli, albo nie znali konsekwencji zadzierania z Fontaine, ale dopuścił się tylu rzeczy niegodziwych, aby uczynić wiarę w to rzeczą niesamowicie naiwną. Talent trzeci, najbardziej wyrazisty i najbardziej bolesny, doprowadził jego życie do ruiny już kilkakrotnie: wspaniale uciekał. Był prawdziwym wirtuozem chowania głowy w piach, nadmiernego milczenia, przeciągania wszystkiego w czasie, znikania z dnia na dzień i unikania rozmów, w szczególności tych najważniejszych.
Czy zapominał? Nie. Ale się nie przywiązywał tak jak inni. Istniał i był szczęśliwy tylko wtedy, kiedy ci, którzy go pokochali, spoglądali w jego kierunku, a jednocześnie bardzo się starał, aby uczynić wszystko na przekór szczęśliwym zakończeniom. Z nim nie istniało „i nie opuszczę cię aż do śmierci”, chyba że akurat będąc przy tobie, zapłacił za coś najwyższą z możliwych cen. Zapłaci ją zapewne, kiedy ktoś (w domyśle: zapewne Layla lub Alexander) się tak na niego za to wszystko wkurwi, że postara się Flynna przy sobie zatrzymać, dusząc go gołymi rękoma, ale to tylko szczegół.
Wytresował swoją rodzinę bardzo dobrze. Nie tylko nikt go tutaj nie znał, a jeżeli już go znał, to opuścił cyrk jako mały chłopiec i nigdy nie wrócił - wszyscy mydlili Cainowi oczy idiotycznymi historiami, że chyba typa kojarzą i wisi im pieniądze, więc pewnie nigdy tu nie wróci, a tak poza tym to gdyby go znalazł, to ma im oddać sto osiemdziesiąt galeonów albo sprawa trafi do Brygady Uderzeniowej. Był tutaj dawno i nieprawda, nie widzieli go od stu lat, albo jego gęba nie mówiła im nic poza tym, że coś w niej kazało im w nią przydzwonić zaciśniętą pięścią. Może nawet by mu się to wszystko udało, gdyby akurat dzisiaj (bo gwiazdy naprawdę kochały układać się tak, żeby mu utrudnić życie jeszcze bardziej) nie został na Arenie, zamiast wybrać się na typowy dla siebie spacer lub spać do samego wieczora.
Siedział sobie na ziemi, na uboczu namiotu, z rozkraczonymi nogami i fajką w gębie, przez którą ledwo się śmiał, kiedy jedna z jego młodszych sióstr walczyła ze sznurowadłem. Wyglądał na irytująco szczęśliwego, pomagając młodszemu rodzeństwu w nauce wiązania butów - rzadko go można było spotkać z taką miną i promienną aurą, kiedy się szlajał bez celu po Londynie. Sielanka trwała i trwała, aż do momentu, kiedy któryś z mężczyzn stojących za Bletchleyem nie zagwizdał i nie wskazał na niego palcem. Flynn leniwie podniósł głowę w tamtym kierunku i momentalnie pobladł. Przestał się śmiać. Papieros omal nie spadł mu na ziemię. Zamarł w bezruchu.
Czyli pamiętał.
Podniósł się z ziemi bez użycia rąk, poprawiając przy tym pasek z przyczepionym nożem. Tym samym rozmył wszelkie ewentualne wątpliwości na temat tego, czy Bletchley dobrze trafił.
- Finnie, muszę iść - rzucił siostrze krótko, a później pchnął ją w kierunku namiotu. Serce mu waliło jak diabli, bo co Bletchley tu w ogóle robił, w jakim celu przyszedł i w jakim charakterze - nie miał pojęcia, mógł go tylko złapać za rękę i pociągnąć gwałtownie w stronę lasu, bo przecież by się tak na niego nie gapił z daleka, gdyby nie przyszedł tu do niego. Nie powiedział mu żadnego „dzień dobry” ani „cześć”, nie powiedział też „spierdalaj”, nie powiedział nic. Ale Bell nigdy nie lubił mówić.
Talent pierwszy, szczycił się nim od lat, potrafił zepsuć humor absolutnie każdemu. Nikt ci tak idealnie nie zrujnuje dnia jak człowiek wiecznie zagubiony w tym co powinien zrobić i reagujący agresją na każde niepowodzenie i przytyk w jego kierunku. Połączywszy to ze słownictwem godnym rynsztoka i tym, że się bardzo często zachowywał jak kompletny imbecyl - ciężko mu było w tym wyścigu dorównać, o ile się nie zamordowało czyiś rodziców. Talent drugi, tym wolał się raczej nie chwalić, był naprawdę dobrym człowiekiem od brudnej roboty, jeżeli się potrafiło przekonać go do tego, że powinien ci pomagać. Nie lubił zadawać innym krzywdy, jeżeli sobie na to nie zasłużyli, albo nie znali konsekwencji zadzierania z Fontaine, ale dopuścił się tylu rzeczy niegodziwych, aby uczynić wiarę w to rzeczą niesamowicie naiwną. Talent trzeci, najbardziej wyrazisty i najbardziej bolesny, doprowadził jego życie do ruiny już kilkakrotnie: wspaniale uciekał. Był prawdziwym wirtuozem chowania głowy w piach, nadmiernego milczenia, przeciągania wszystkiego w czasie, znikania z dnia na dzień i unikania rozmów, w szczególności tych najważniejszych.
Czy zapominał? Nie. Ale się nie przywiązywał tak jak inni. Istniał i był szczęśliwy tylko wtedy, kiedy ci, którzy go pokochali, spoglądali w jego kierunku, a jednocześnie bardzo się starał, aby uczynić wszystko na przekór szczęśliwym zakończeniom. Z nim nie istniało „i nie opuszczę cię aż do śmierci”, chyba że akurat będąc przy tobie, zapłacił za coś najwyższą z możliwych cen. Zapłaci ją zapewne, kiedy ktoś (w domyśle: zapewne Layla lub Alexander) się tak na niego za to wszystko wkurwi, że postara się Flynna przy sobie zatrzymać, dusząc go gołymi rękoma, ale to tylko szczegół.
Wytresował swoją rodzinę bardzo dobrze. Nie tylko nikt go tutaj nie znał, a jeżeli już go znał, to opuścił cyrk jako mały chłopiec i nigdy nie wrócił - wszyscy mydlili Cainowi oczy idiotycznymi historiami, że chyba typa kojarzą i wisi im pieniądze, więc pewnie nigdy tu nie wróci, a tak poza tym to gdyby go znalazł, to ma im oddać sto osiemdziesiąt galeonów albo sprawa trafi do Brygady Uderzeniowej. Był tutaj dawno i nieprawda, nie widzieli go od stu lat, albo jego gęba nie mówiła im nic poza tym, że coś w niej kazało im w nią przydzwonić zaciśniętą pięścią. Może nawet by mu się to wszystko udało, gdyby akurat dzisiaj (bo gwiazdy naprawdę kochały układać się tak, żeby mu utrudnić życie jeszcze bardziej) nie został na Arenie, zamiast wybrać się na typowy dla siebie spacer lub spać do samego wieczora.
Siedział sobie na ziemi, na uboczu namiotu, z rozkraczonymi nogami i fajką w gębie, przez którą ledwo się śmiał, kiedy jedna z jego młodszych sióstr walczyła ze sznurowadłem. Wyglądał na irytująco szczęśliwego, pomagając młodszemu rodzeństwu w nauce wiązania butów - rzadko go można było spotkać z taką miną i promienną aurą, kiedy się szlajał bez celu po Londynie. Sielanka trwała i trwała, aż do momentu, kiedy któryś z mężczyzn stojących za Bletchleyem nie zagwizdał i nie wskazał na niego palcem. Flynn leniwie podniósł głowę w tamtym kierunku i momentalnie pobladł. Przestał się śmiać. Papieros omal nie spadł mu na ziemię. Zamarł w bezruchu.
Czyli pamiętał.
Podniósł się z ziemi bez użycia rąk, poprawiając przy tym pasek z przyczepionym nożem. Tym samym rozmył wszelkie ewentualne wątpliwości na temat tego, czy Bletchley dobrze trafił.
- Finnie, muszę iść - rzucił siostrze krótko, a później pchnął ją w kierunku namiotu. Serce mu waliło jak diabli, bo co Bletchley tu w ogóle robił, w jakim celu przyszedł i w jakim charakterze - nie miał pojęcia, mógł go tylko złapać za rękę i pociągnąć gwałtownie w stronę lasu, bo przecież by się tak na niego nie gapił z daleka, gdyby nie przyszedł tu do niego. Nie powiedział mu żadnego „dzień dobry” ani „cześć”, nie powiedział też „spierdalaj”, nie powiedział nic. Ale Bell nigdy nie lubił mówić.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.