09.10.2023, 15:53 ✶
Intuicja jak zawsze mnie nie zawodziła. Wrodzony instynkt skierował mnie tam, gdzie pragnąłem dotrzeć - do małej, rudowłosej dziewczynki, która już wyrosła na młodą pannicę, kobietkę, gwiazdę mógłbym rzec, ale gwiazdka w moim sercu znajdowała się tylko jedna i miała na imię Pandorka. Choć nie byłem tak na sto procent pewien, to jednak czułem częścią siebie, że to musiała być ona, ta moja mała przyjaciółka z dawnych lat, która chłonęła przeróżne historie jak gąbeczka, a teraz stała tam, wyrośnięta i pakowała się do pudełka, które nie mogło jej fizycznie pomieścić. Wstrętne pozory, bo dla niej nie miało to znaczenia. Śmiała nie imać się fizycznych ograniczeń i układała się do środka powoli, grzecznie, posłusznie. Trochę jak ruszona magicznie w ruch świeżo wyprana pościel. Ciach, ciach, ciach i leci do kufra oczekiwać na ponowne ubranie za dzień czy dwa.
Ale nie! Elaine nie pozostała w ciasnym pudełku! Ona rozkwitała, rozwijała swoje płatki by w końcu wdzięcznie wstać z uśmiechem, z ukłonem, z burzą rudowłosych loków, a mi pewne emocje rozbiły serce, totalnie zwariowało, zabiło w zdecydowanie szybszy tętent. Uśmiechała się szeroko do pustki, nie dostrzegając intruza w mojej osobie, a jako że to było niegrzeczne tak z ukrycia podglądać, postanowiłem zbliżyć się bardziej, wyłonić z cienia i przywitać z...
Uśmiechnąłem się szeroko, uradowany. Nie spodziewałem się aż takiego optymizmu. Nie spodziewałem się, że mnie rozpozna, a jednak. Chciałem ją chwycić by przypadkiem z tego zaskoczenia, z tego uradowania nie przewróciła się. A może bardziej pragnąłem ukłonić się po dżentelmeńsku...? Cóż, cokolwiek chciały wymknąć moje mięśnie zamarły, gdy zgrabne i młode dziewczę przytuliło się do mojego pedantycznie wyprasowanego garnituru.
Przytuliłem się na powitanie bez skrępowania, przy okazji notując sobie w głowie jej przymioty. Była bardzo drobna, niziutka, lekka, zdecydowanie lekka, choć nie wisiała na mojej szyi, ale miałem wrażenie, że mógłbym ją bez oporów unieść i nieść, i nieść, Merlin jeden wiedział gdzie i jak daleko. Choć była spocona i zziajana przez próby, to pachniała delikatnie, kobieco, a tych jej włosów było tyle, że musiałem się powstrzymać... Oj, chyba jednak nie byłem w stanie.
- Co ty dziewczyno robisz, że masz takie niesamowite włosy? - zapytałem, bez skrępowania zanurzając w nich palce. Czułem się, jakbym dotykał samego słońca, choć to też nie było do końca możliwe, bo moim jedynym słońcem był z kolei Laurent, ale najwyraźniej Elaine zbierała w sobie wszystko, co mogłem najlepszego odnaleźć w swoich bliskich, a kto wie? Może nawet więcej?
- Oczywiście, że pamiętam - odparłem nad wyraz politycznie, nie zdradzając się z tym, że przez drobne chwile wahałem się, czy ona to ona, ale to drobny szkopuł, drobny szczegół. Odstąpiłem od dziewczęcia na krok, puszczając ją, jak i jej włosy, by nasze spotkanie nie przerodziło się w molestowanie, aczkolwiek te włosy same prosiły się by je dotykać. Cóż, oddychaj Edwardzie.
- Elaine z Bellowego cyrku. Wahałem się aby, czy dobrze trafiłem, ale nieomylność to najwyraźniej moje drugie imię! - Wzruszyłem ramionami, po czym wskazałem na wyjście z namiotu. - Może chcesz się przebrać? Ja mam czas, ja mogę poczekać. Niespieszno mi do obowiązków - zaproponowałem, bo zakładałem, że tak cudowne, obcisłe stroje, podkreślające talię wcale nie musiały być wygodne na przyjacielskie rozmowy, a ona jeszcze miała w sobie tyle energii! Wprawiało mnie to w oniemienie.
Ale nie! Elaine nie pozostała w ciasnym pudełku! Ona rozkwitała, rozwijała swoje płatki by w końcu wdzięcznie wstać z uśmiechem, z ukłonem, z burzą rudowłosych loków, a mi pewne emocje rozbiły serce, totalnie zwariowało, zabiło w zdecydowanie szybszy tętent. Uśmiechała się szeroko do pustki, nie dostrzegając intruza w mojej osobie, a jako że to było niegrzeczne tak z ukrycia podglądać, postanowiłem zbliżyć się bardziej, wyłonić z cienia i przywitać z...
Uśmiechnąłem się szeroko, uradowany. Nie spodziewałem się aż takiego optymizmu. Nie spodziewałem się, że mnie rozpozna, a jednak. Chciałem ją chwycić by przypadkiem z tego zaskoczenia, z tego uradowania nie przewróciła się. A może bardziej pragnąłem ukłonić się po dżentelmeńsku...? Cóż, cokolwiek chciały wymknąć moje mięśnie zamarły, gdy zgrabne i młode dziewczę przytuliło się do mojego pedantycznie wyprasowanego garnituru.
Przytuliłem się na powitanie bez skrępowania, przy okazji notując sobie w głowie jej przymioty. Była bardzo drobna, niziutka, lekka, zdecydowanie lekka, choć nie wisiała na mojej szyi, ale miałem wrażenie, że mógłbym ją bez oporów unieść i nieść, i nieść, Merlin jeden wiedział gdzie i jak daleko. Choć była spocona i zziajana przez próby, to pachniała delikatnie, kobieco, a tych jej włosów było tyle, że musiałem się powstrzymać... Oj, chyba jednak nie byłem w stanie.
- Co ty dziewczyno robisz, że masz takie niesamowite włosy? - zapytałem, bez skrępowania zanurzając w nich palce. Czułem się, jakbym dotykał samego słońca, choć to też nie było do końca możliwe, bo moim jedynym słońcem był z kolei Laurent, ale najwyraźniej Elaine zbierała w sobie wszystko, co mogłem najlepszego odnaleźć w swoich bliskich, a kto wie? Może nawet więcej?
- Oczywiście, że pamiętam - odparłem nad wyraz politycznie, nie zdradzając się z tym, że przez drobne chwile wahałem się, czy ona to ona, ale to drobny szkopuł, drobny szczegół. Odstąpiłem od dziewczęcia na krok, puszczając ją, jak i jej włosy, by nasze spotkanie nie przerodziło się w molestowanie, aczkolwiek te włosy same prosiły się by je dotykać. Cóż, oddychaj Edwardzie.
- Elaine z Bellowego cyrku. Wahałem się aby, czy dobrze trafiłem, ale nieomylność to najwyraźniej moje drugie imię! - Wzruszyłem ramionami, po czym wskazałem na wyjście z namiotu. - Może chcesz się przebrać? Ja mam czas, ja mogę poczekać. Niespieszno mi do obowiązków - zaproponowałem, bo zakładałem, że tak cudowne, obcisłe stroje, podkreślające talię wcale nie musiały być wygodne na przyjacielskie rozmowy, a ona jeszcze miała w sobie tyle energii! Wprawiało mnie to w oniemienie.