Armand był bliski tego, żeby wyjść z siebie i stanąć obok. Ewentualnie tego, żeby wyciągnąć swoje gałki oczne i rzucić nimi w swojego mentora, swojego Szeffa. Tak ze zdziwienia. I nie tym, że mężczyzna brał bardzo na poważnie jego słowa, które on tak rzucał... w ramach artystycznej wizji, wyobrażając sobie tych denatów jako szczęśliwe małżeństwo. Musieli być szczęśliwi, inaczej jeden facet niemiałby dwóch żon. Był przyzwyczajony już do tego, że Augustus brał bardzo dużo rzeczy na poważnie, a Armand nawet nie śpieszył się do tego, żeby go wyprowadzić z błędu. Natomiast już słowa o promugolskich poglądach czy działaniach i że to dlatego dwa trupy tutaj leżały wcale nie najbrzydszych kobiet - to go już przerażało. Śmierciożercy dali swój popis na Beltane, sam tam był, widział, przeżywał. I to wcale nie pomogło jego nałogowi. Nikogo to tu jednak nie obchodziło. W pracy nie miałeś być sobą czy przeżywać swoich problemów ani szukać wymówek. Miałeś pracować. Kiedy jednak dawali ci ciało mordercy pod skalpel, może nawet jednego z tych, co byli na Beltane, to jakoś się robiło bardzo nieprzyjemnie. W brzuchu mężczyzny pojawił się taki ścisły supełek utrudniający trawienie i sprawiający, że dłoń trochę drżała. Aż prosiło się o zażycie czegoś, co cię uspokoi. Nie, no spokojnie... Robił już dziwne rzeczy z tymi wszystkimi fikuśnymi przedmiotami (i Armand wszystkie je nazwać potrafił, to autorka nie potrafiła), ale tu i teraz stawka nagle została podniesiona. Nie było to dobre uczucie. Czy to był jakiś taki... test? Żeby go sprawdzić?
- To już nie jest zadanie aurorów, Szeffie? Rozmyślanie co i dlaczego i w ogóle... - Rzucił trochę leniwie, chcąc zabrzmieć na niedbałego, ale zabrzmiał na zestresowanego. Czyli dokładnie tak, jak się czuł. Mając już uporządkowane stanowisko pracy i trupa rzeczywiście przeszedł do przeglądu. Co chwila notował swoje spostrzeżenia. Dopiero wejście Krystyny pani z administracji sprawiło, że Armand na moment oderwał się od roboty i zerknął raz to na kobietę, to na Augustususa. Kobieta jednak nie zamierzała ewidentnie dalej przeszkadzać. Słychać było jak coś marudzi do siebie pod nosem, gdy zamknęła drzwi i stukając obcasami oddaliła się w swoją stronę.
- Noo ja tu wielkich śladów szarpaniny nie widzę, oprócz tej ze mną pośmiertnie... - Domruczał ostatnie zdanie już pod nosem. Był zadowolony w zasadzie z tego, jak mu to szło. Przede wszystkim z tego, że nie miał jakiegoś zmasakrowanego ciała i sekcja wydawała się jasna i oczywista - śmierć od zaklęcia. Ale potem Armand spojrzał na ciała denatek. Znowu na Śmierciożercę... - Szeffie... a jak to może być, że one są takie poturbowane, widać na nich nawet przemoc fizyczną, a ten tutaj jest gładziutki prawie jak pupa archanioła. - Nachylił się do twarzy zmarłego, jakby oczekiwał, że to on mu zdradzi ten sekret. Innymi słowy - Armandowi coś się tutaj nie spinało. A wszystko, ale to wszystko powinno mu się spinać. I zdecydowanie nie powinien był za dużo myśleć. Dla własnego bezpieczeństwa. Tylko skąd taki Armand mógł wiedzieć, że pracuje ze Śmierciożercą?