To się działo. Czarodzieje rozmawiali swobodnie z mugolami mając kompletnie w nosie Kodeks Tajności.
A przynajmniej do końca tego dnia.
Nie mogło więc zabraknąć kogoś, kto na ten dzień czekał jakieś pięćdziesiąt lat.
Ururu zabójczym tempem wmaszerował na polanę. Szara peleryna z cienkiego lnu okrywała jego brunatne odzienie. Sięgała niemal do kostek. Ściągnął kaptur z głowy, a miodowe oczy ogarnęły towarzystwo. Nie znał nikogo. Nie wiedział, kto jest czarodziejem, a kto mugolem, chociaż w przypadku niektórych subtelne znaki dawał styl ubioru.
Spojrzał przed siebie. Słońce zachodziło, przykrywając Marqueza pelerynką mroku. Nie wyglądał już tak upiornie, jak za dnia. A wtedy połączyło się z księżycem. Ururu już wiedział. To wydarzenie było zapisane w gwiazdach. A jego śpiączka była niczym innym, jak sposobem bezpiecznego uchowania go do tego dnia.
Dziękowałby bogom, gdyby w nich wierzył, po czym podszedł do pierwszej lepszej osoby, którą był [b]Perseus Black[b].
— Przepraszam, czy jest pan może mugolem? — spytał z uśmiechem pełnym ekscytacji.