Brenna miała sporo racji w kwestii tego, jaka była rola Erika w Zakonie Feniksa. Chociaż, owszem, nadawał się do innych działań poza zwalczaniem Śmierciożerców w aktywnych potyczkach, tak ciężko było ukryć, że to właśnie w tym był najbardziej uzdolniony. Już w czasach szkolnych jego ścieżka edukacji została utorowana w sposób, który miał mu pomóc zwalczać czarnoksiężników. Przystojna twarz i hipnotyzująca osobowość były jedynie dodatkami, które po prostu lubiły wybijać się na pierwszy plan. W czasach niedawnego jeszcze pokoju ludzie woleli słuchać plotek o ładnych ludziach, niż zaprzątać sobie głowę tym, że powstrzymano atak wandali, którzy ledwo zanurzyli kostki w arkanach czarnej magii. Teraz sprawy miały się nieco inaczej.
— Mam wrażenie, że te doniesienia to tylko plotki. Pewnie ktoś się zmęczył podczas spaceru po górach i zobaczył jakieś złudzenie optyczne — machnął ręką, starając się nie myśleć o tym, że będzie musiał zajrzeć do jaskini. Ugh. — Jesteśmy pośrodku niczego. To znaczy niczego ważnego. Chyba że tym razem Śmierciożercy planują zaatakować mugolski festiwal w którejś z tych wioseczek na dole.
Sama myśl o tym, że Czarny Pan wychowywał sobie tutaj jakiegoś olbrzyma, wydawała mu się irracjonalna. Przecież to tak, jakby Zakon sobie urządził gdzieś hodowlę smoków lub centrum szkoleniowe. Niektórych rzeczy nie dało się ukryć, bo prędzej czy później wyszłoby to na jaw. Erik zmarkotniał. Chyba że to właśnie ten moment, gdy dowiadujemy się prawdy, pomyślał, jednak ten wniosek wcale nie nastroił go pozytywnie do następnego etapu ich wyprawy.
Na sugestię siostry skinął krótko głową. Zrobiło mu się minimalnie lżej na duszy, że Brenna jednak nie przeceniała swoich zdolności do przesady. Niektóre starcia przerastały nawet Brygadę Uderzeniową. A spotkanie ze wściekłym olbrzymem – i to na jego terytorium – wręcz prosiło się o to, aby wezwać wsparcie w formie jakichś sojuszników. Najlepiej w kilku sztukach i odpowiednich kwalifikacjach.
— Niesamowite, że przy obecnych koneksjach prędzej byśmy uzyskali fundusz z Departamentu Skarbu na bliżej nieokreślone działania mające na celu poprawę dobrobytu magicznej społeczności i wsparcie krajowych działań obronnych niż opinię eksperta od górskich potworów.
Westchnął cicho. Może nie byłoby to wybitnie łatwe zadanie, ale wierzył, że przy użyciu odpowiednich argumentów zdołałby dogadać z Elliotem podobną transakcję. Mimo wszystko wiedział, że to nie rozwiązywało problemu. Mieli problemy z ludźmi. Przynajmniej w ich komórce. O ile było ich więcej niż jedna. Nie miał pojęcia, czy Dumbledore miał na podorędziu inne grupy w kraju, które działały podobnie do nich. W każdym razie ich zbieranina w dużej mierze składała się z ludzi obytych z walką. Ale potrzebowali czegoś więcej. Zwłaszcza teraz, gdy widmo otwartego konfliktu praktycznie wchodziło im do domu przez frontowe drzwi.
Kiedy Brenna buszowała po okolicy pod postacią wilka, Erik starał się rozeznać w okolicy. Nie cieszyła go myśl na tym, że miałby zbadać cały system jaskiń w poszukiwaniu gniazda olbrzymów, ale jak mus to mus... Zakon dawał zadanie, on pytał o to, w jakim terminie należało je wykonać. Nawet gdyby próbował się stawiać, to pewnie najbliżsi krewni szybko doprowadziliby go do porządku. Longbottom akurat badał jakąś podejrzaną skałę, gdy zorientował się, że siostra ruszyła w mgłę. A on – oczywiście – ruszył za nią.
— Tylko się w tym nie wytarzaj — ostrzegł, przyglądając się z niesmakiem martwemu zwierzęciu. Przykląkł przy truchle, oglądając je pod różnymi kątami. — No. Godzinę temu to mu się nie umarło. — Oczywista oczywistość, biorąc pod uwagę stan rozkładu ciała i ilość robactwa w pobliżu. — Łapiesz jakiś trop? Może został tu jakieś kłaki olbrzyma?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞