22.09.2023, 02:18 ✶
Bulstrode wciąż miał w pamięci te cholernie gówniaki, które czaiły w zaułku nieopodal domu ciotki. Prawdę powiedziawszy, to trochę o nich zapomniał, ale zmuszony odbyć kolejną miłą wizytę u Lavinii i mijając tę zakichaną uliczkę, mimowolnie złapał się na głowę w miejscu, gdzie oberwał cegłówką. Kiedy jednak wychylił się zza winkla, w ponurej przestrzeni między budynkami panowała cisza, a smarków nigdzie nie było widać. Zamiast jednak iść dalej, prosto do punktu sieci Fiuu, zakręcił w zaułek, czujnie przemierzając go i nadstawiając uszu.
Cholera, chyba za dużo czasu spędzał z Florence, bo przyszło mu do głowy, że faktycznie ktoś powinien zwymyślać rodziców tych dzieciaków od góry do dołu. Na całe szczęście jednak, po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że on to może gówniarzerii co najwyżej pourywać uszy, kiedy je za nie wytarga.
Ciężko było mu powiedzieć, co było takiego w atmosferze tego miasteczka, albo za każdym razem kiedy w nim bywał, czuł się zwyczajnie nieswojo. Czasem nawet, mniej lub bardziej żartobliwie, proponował ciotce żeby wyniosła się stąd w cholerę, byleby tylko mogli rodzinnie wpadać na obiadki w jakimś przyjemniejszym miejscu, ale ta z uporem maniaka odmawiała, twierdząc że tu jest jej dom.
Szedł uliczkami, powoli dochodząc do wniosku, że nikogo nie znajdzie na swojej drodze, a przynajmniej nikogo, z kim miałby ochotę uciąć sobie chociaż krótką pogawędkę, aż wreszcie do jego uszu doszły jakieś dziecięce śmiechy. W jego mniemaniu wszystkie dzieciaki śmiały się tak samo, ale biorąc pod uwagę atmosferę całego miasteczka, dźwięk ten zwyczajnie przyciągał i sprawiał, ze mimowolnie Bulstrode cały się w sobie gotował, bo znowu myślami wracał do tej cegłówki i lejącej się przez palce krwi.
Wyszedł zza budynku, zaciągając się palonym papierosem i patrząc, co się w ogóle tutaj działo. Jakiś facet bawił się z grupką gówniarzy, jak gdyby nigdy nic i cała ta scena była całkiem sielankowa, gdyby któryś z knypków nie zatrzymał się, żeby spojrzeć kto się zbliża, a kiedy tylko jego spojrzenie trafiło na aurora, pobladł lekko, jakby zobaczył ducha.
O ty gnoju, przeszło tylko przez myśl Atreusowi, kiedy rzucił papierosa na ziemię i zadeptał go butem, zaraz wyciągając kroki w kierunku faceta.
- Ej, to twoje bachory? - zapytał, ale zwyczajnie nie czekał na odpowiedź, bo pięści zadziałały same, kiedy zamachnął się by uderzyć typa prosto w twarz.
Cholera, chyba za dużo czasu spędzał z Florence, bo przyszło mu do głowy, że faktycznie ktoś powinien zwymyślać rodziców tych dzieciaków od góry do dołu. Na całe szczęście jednak, po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że on to może gówniarzerii co najwyżej pourywać uszy, kiedy je za nie wytarga.
Ciężko było mu powiedzieć, co było takiego w atmosferze tego miasteczka, albo za każdym razem kiedy w nim bywał, czuł się zwyczajnie nieswojo. Czasem nawet, mniej lub bardziej żartobliwie, proponował ciotce żeby wyniosła się stąd w cholerę, byleby tylko mogli rodzinnie wpadać na obiadki w jakimś przyjemniejszym miejscu, ale ta z uporem maniaka odmawiała, twierdząc że tu jest jej dom.
Szedł uliczkami, powoli dochodząc do wniosku, że nikogo nie znajdzie na swojej drodze, a przynajmniej nikogo, z kim miałby ochotę uciąć sobie chociaż krótką pogawędkę, aż wreszcie do jego uszu doszły jakieś dziecięce śmiechy. W jego mniemaniu wszystkie dzieciaki śmiały się tak samo, ale biorąc pod uwagę atmosferę całego miasteczka, dźwięk ten zwyczajnie przyciągał i sprawiał, ze mimowolnie Bulstrode cały się w sobie gotował, bo znowu myślami wracał do tej cegłówki i lejącej się przez palce krwi.
Wyszedł zza budynku, zaciągając się palonym papierosem i patrząc, co się w ogóle tutaj działo. Jakiś facet bawił się z grupką gówniarzy, jak gdyby nigdy nic i cała ta scena była całkiem sielankowa, gdyby któryś z knypków nie zatrzymał się, żeby spojrzeć kto się zbliża, a kiedy tylko jego spojrzenie trafiło na aurora, pobladł lekko, jakby zobaczył ducha.
O ty gnoju, przeszło tylko przez myśl Atreusowi, kiedy rzucił papierosa na ziemię i zadeptał go butem, zaraz wyciągając kroki w kierunku faceta.
- Ej, to twoje bachory? - zapytał, ale zwyczajnie nie czekał na odpowiedź, bo pięści zadziałały same, kiedy zamachnął się by uderzyć typa prosto w twarz.
Rzut Z 1d100 - 100
Krytyczny sukces!
Krytyczny sukces!