21.09.2023, 18:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.09.2023, 17:17 przez Morgana le Fay.)
Obserwowała. Nie mogła - nie chciała? - się od tego powstrzymać, tak samo jak od ciągłego wprawiania w huśtawki w spokojny, jednostajny, monotonny wręcz ruch. Skrzyp. Skrzyp. Skrzyp. Jakby nie istniało nic więcej, tylko oni, huśtawka, no i może ewentualnie ten fragment ogrodu, który mieli przed oczyma. Niewielka bańka, zdająca się być poza czasem, poza światem - choć tak naprawdę przecież czas nie raczył się zatrzymać, a i każdy lokator Warowni mógłby bez problemu na nich wpaść i przerwać im rozmowę.
Bo przecież nie gruchanie zauroczonych w sobie wzajemnie gołąbków; tak, kłębiące się w nich uczucia przyciągały wzajemnie do siebie, ale jednocześnie byli bardzo dalecy od spijania sobie nektaru z dzióbków.
Mimo wszystko, między nimi wciąż istniała wytyczona onegdaj granica - choć w tej chwili może to i lepiej...?
Obserwowała.
Widziała, jak Beltane odcisnęło na nim swoje piętno. Bo chociażby nie pamiętała, żeby wcześniej widziała te srebrzyste włosy, niczym pajęcze nici, nie pamiętała też, żeby nie potrafił odkleić się od papierosów. Tak, zajęcie miejsca w ogrodzie zdecydowanie było dobrym pomysłem i... nawet nie potrafiła teraz powiedzieć złego słowa na ten paskudny nawyk, który bywał kiedyś zarzewiem konfliktu. Bo w jakiś sposób rozumiała, tym bardziej że sama nie tak dawno dorwała paczkę; jakby spalanie papierosa mogło w czymkolwiek pomóc.
Nie pomagało. Dawało chwilę na swobodny przepływ myśli, na zastanowienie się, ale na dłuższą chwilę: nie pomagało.
- Spójrz na mnie - poprosiła cicho, łagodnie. Może błąd. Bo kusiło, żeby musnąć jego dłoń swoją, oprzeć głowę o ramię. Byli blisko siebie, tak blisko, a dotyk zawsze był ważną częścią życia Bones... Teraz jednak starała się zdystansować, nie widząc potrzeby, by narażać innych na to cholerne zimno, jakim emanowała.
A może po prostu coś w niej nie chciało widzieć, jak się wzdrygają i odsuwają?
Spojrzenia się spotkały. To należące do Bones, ciemne, było zaskakująco ciepłe. Choć i też niewesołe, nasycone smutkiem. Nic dziwnego; Beltane również i na niej odcisnęło swe piętno, znacznie większe niż sam fakt, że stała się tak cholernie zimna.
- Obiecuję, że nie będę krzyczeć - zapewniła miękko. Może kolejny błąd, może zaraz faktycznie Moody powie coś, co sprawi, że będzie chciała go udusić, wykrzyczeć wprost do ucha, co myśli o jego pomysłach czy cokolwiek mu w głowie siedziało. Ale: nie pragnęła krzyczeć.
Nie, gdy byli w końcu tak blisko siebie, nie, gdy serce, głupie serce, się wyrywało, walcząc z rozsądkiem i zasadami narzuconymi przez umysł.
Mogło się to zaraz zmienić, ale: obiecała.
A nie miała w zwyczaju łamać danego słowa.
- Więc? - zagaiła, próbując zachęcić do wyrzucenia z siebie tego, co się kłębiło po alkową czupryną.
Bo przecież nie gruchanie zauroczonych w sobie wzajemnie gołąbków; tak, kłębiące się w nich uczucia przyciągały wzajemnie do siebie, ale jednocześnie byli bardzo dalecy od spijania sobie nektaru z dzióbków.
Mimo wszystko, między nimi wciąż istniała wytyczona onegdaj granica - choć w tej chwili może to i lepiej...?
Obserwowała.
Widziała, jak Beltane odcisnęło na nim swoje piętno. Bo chociażby nie pamiętała, żeby wcześniej widziała te srebrzyste włosy, niczym pajęcze nici, nie pamiętała też, żeby nie potrafił odkleić się od papierosów. Tak, zajęcie miejsca w ogrodzie zdecydowanie było dobrym pomysłem i... nawet nie potrafiła teraz powiedzieć złego słowa na ten paskudny nawyk, który bywał kiedyś zarzewiem konfliktu. Bo w jakiś sposób rozumiała, tym bardziej że sama nie tak dawno dorwała paczkę; jakby spalanie papierosa mogło w czymkolwiek pomóc.
Nie pomagało. Dawało chwilę na swobodny przepływ myśli, na zastanowienie się, ale na dłuższą chwilę: nie pomagało.
- Spójrz na mnie - poprosiła cicho, łagodnie. Może błąd. Bo kusiło, żeby musnąć jego dłoń swoją, oprzeć głowę o ramię. Byli blisko siebie, tak blisko, a dotyk zawsze był ważną częścią życia Bones... Teraz jednak starała się zdystansować, nie widząc potrzeby, by narażać innych na to cholerne zimno, jakim emanowała.
A może po prostu coś w niej nie chciało widzieć, jak się wzdrygają i odsuwają?
Spojrzenia się spotkały. To należące do Bones, ciemne, było zaskakująco ciepłe. Choć i też niewesołe, nasycone smutkiem. Nic dziwnego; Beltane również i na niej odcisnęło swe piętno, znacznie większe niż sam fakt, że stała się tak cholernie zimna.
- Obiecuję, że nie będę krzyczeć - zapewniła miękko. Może kolejny błąd, może zaraz faktycznie Moody powie coś, co sprawi, że będzie chciała go udusić, wykrzyczeć wprost do ucha, co myśli o jego pomysłach czy cokolwiek mu w głowie siedziało. Ale: nie pragnęła krzyczeć.
Nie, gdy byli w końcu tak blisko siebie, nie, gdy serce, głupie serce, się wyrywało, walcząc z rozsądkiem i zasadami narzuconymi przez umysł.
Mogło się to zaraz zmienić, ale: obiecała.
A nie miała w zwyczaju łamać danego słowa.
- Więc? - zagaiła, próbując zachęcić do wyrzucenia z siebie tego, co się kłębiło po alkową czupryną.