Trochę nieprzytomnie udał się wraz z Laurentem do baru. To akurat nie było niczym nowym. Od czasu do czasu podczas wypraw do pubów znajdował towarzyszy rozmowy. Na minutę lub dwie, dopóki nie było jasnym, że z Martina wiele się nie wyciśnie. Tylko kilka razy znalazł odpowiedniego rozmówcę. Być może tym razem miało być to samo.
Zamówił koktajl owocowy z nikłą dawką alkoholu. Trzeźwość umysłu była niezwykle istotna dla gospodarza rejsu. Barman w śmiesznym stroju pirata zaczarował kolorowe owoce, które zatańczyły w powietrzu i prześlizgnęły się przez moździerz do drinków. Na koniec kropla rumu do smaku.
— Zapewne byłoby mniejszym ciężarem, gdyby obyło się bez zaskoczenia. Mieli mi towarzyszyć rodzice, lecz pilnie musieli wrócić do pracy, tak więc działam w imieniu całej trójki — wyjaśnił.
Orzeźwiająca konwersacja zapowiadała się interesująco, lecz już kolejne pytania Laurenta odsłoniły turkusową wodę odkrywając szary piasek rzeczywistości.
— To głównie sprawka mojej matki. Statek należy do brata, którego mógł pan poznać podczas otwarcia rejsu. Matka zapragnęła wykorzystać tą unikatową ruchomość dla rozrywki swojej i znajomych... Cóż, okazało się, że tylko znajomych.
Nie miał żadnych fascynujących opowieści dla Laurenta. Żadnego wyznania. Żadnych słów opiewających miłość do oceanu. Z perspektywy osób trzecich rejs zdecydowanie zdawał się zmyślnym przyjęciem dla ekstrawaganckich bogaczy... Ale Jasna Otchłań była autentycznym pirackim statkiem, a Jack Crouch autentycznym piratem. Magicznie powiększone pomieszczenia i wyposażenie było natomiast dziełem pani Crouch, która w mgnieniu oka znalazła odpowiednie meble i dekoracje, idealnie wpasowujące się we wnętrze.
— Odbyłem z bratem kilka krótszych rejsów i muszę przyznać, że to niezwykle relaksujące. Odrywa zupełnie od rzeczywistości, bardziej niż jakakolwiek inna podróż — dodał garść swoich własnych przemyśleń.