Miał ochotę wstać i uciec stąd, żeby się nie kompromitować przed ojcem i samym sobą. Bo to było żałosne i niegodne, nie powinien w ogóle pokazywać takiej słabości. Samemu sobie udowadniał, że ciągle był niewystarczająco dobry, a mijały lata, człowiek nie młodniał, nie był już dzieckiem. Powinien być gotowy na wszystko, żeby reprezentować rodzinę na poziomie i nie sprawić Edwardowi zawodu. Tak, powinien. Na coś takiego jednak trudno być gotowym. Chyba taka była prawda - że naprawdę tracił zmysły.
Nie oponował przed dotykiem ani przed tym, by Edward go do siebie przyciągnął. W tym całkowicie rozproszonym od zdrowego myślenia stanie wręcz przylgnął do niego, przestał zaciskać palce na swojej koszuli - złapał się marynarki ojca. Oddychaj. Tak mu mówiła Victoria na przesłuchaniu i tak samo starał się złapać ten rytm oddechu teraz, kiedy nadawał temu odpowiednie tempo. Powoli. Jakoś z kimś się o wiele łatwiej to robiło niż samemu. Trząsł się jak galaretka (o niewiadomym smaku), ale wszystko powoli, kroczek po kroczku, się uspakajało. Oddech za oddechem. W końcu gdzie mogło być lepiej i bezpieczniej niż w tych silnych ramionach? Ramionach człowieka, który byłby w stanie podpalić świat, gdyby jego dzieciom się coś stało? Laurent o tym wiedział doskonale - on nie chciał źle. I znów - gdzie leżało to pojęcie "źle", kiedy mówimy o różnych drogach prowadzących do "dobra"? W świecie, w którym nic nie było czarno-białe?
Pokiwał lekko głową, kiedy mężczyzna zapewnił go, że strach to nic złego, że to normalne, że ten stan spowodowany jest utratą poczucia bezpieczeństwa. Wrócił do swojej poprzedniej pozycji i wyciągnął chustkę, żeby doprowadzić swoją twarz do bezpieczeństwa na zjadliwym chociaż poziomie. Problem zaczerwienionych oczu i napuchniętych policzków rozwiąże się zaś niedługo sam. Aktualnie nigdzie nie planował wychodzić, więc... chyba kilka skrzatów czy służba była w stanie znieść jego widok w mniej dostojnym stanie? Korzystając też z przyniesionych chusteczek powycierał oczy, zlepione łzami rzęsy, nochal, żeby przestać nim pociągać i przez moment pochylił się do przodu, opierając palce na nasadzie nosa. Czuł się absolutnie wykończony. Tą sytuacją, swoim aktualnym wybuchem, napięciem. Wraz z tymi łzami uszły z niego kilogramy negatywnych emocji. Wypieranie się tego wydarzenia wcale nie było zdrowe. I w zasadzie to może nawet lepiej, że kto inny jak nie Edward wymusił na nim stanięcie naprzeciwko tego problemu, a nie uciekanie przed nim? Znowu pokiwał głową, słysząc polecenie ojca i w końcu zabrał się za herbatę, którą praktycznie wypił duszkiem. Teraz już była letnia i idealnie się do tego nadawała.
- Lepiej. - Odezwał się w końcu zmęczonym głosem i nawet uśmiechnął lekko na ostatnie słowa mężczyzny, doceniając ten żart. - Z naszej dwójki to raczej ja musiałbym cię wyciągać z wody... - Wiedział, że to chodziło o metaforę, ale pociągnął żarcik. Odetchnął głęboko. - Przepraszam, że cię tym martwię. - Tak, żałował, że o tym wspomniał, ale wspomniałby chyba i tak. Natomiast rzeczywiście było mu przykro, że swoją osobą sprawiał ojcu zmartwienie i problem. Już nie ważne, niech się dzieje wola Edwarda. Z nią i tak nie miał siły wygrywać. Niech zrobi, co chce, a skoro był skory do pójścia na tę umowę to proszę bardzo. Laurent też chciał coś dostać. Może to i nawet lepiej, że Prewett chciał się zaangażować, może to naprawdę pomoże? Może wtedy złapią tego mordercę szybciej? Naprawdę poczuł się lepiej. Czuł się dobrze z ręką ojca na plecach, tak jakby mógł się na nim całym oprzeć. Oddać mu to wszystko. Zaufać. Choć dobrze wiedział, że Edward daleki był od czystych zagrań.