Bardzo podekscytował go napotkany przypadek, a jego reakcja była absolutnie nie na miejscu, biorąc pod uwagę, że para zginęła tragicznie i duch kobiety dokładnie wszystko widział i słyszał. Również ten dziwny uśmiech na twarzy Marqueza.
— Mówi pan o porwaniu ducha? Czytałem, że ducha można zakląć w przedmiocie. A może to on opętał kogoś? Hm... A może... Czy inne duchy mogły porwać ducha? A jeśli tak, to w jakim celu? A może... — Teraz zwrócił się do Mary. — A może on gdzieś tam jest, tylko go pani jeszcze nie znalazła? Wyobrażam sobie, że zaświaty są ogromne. Przecież muszą mieścić dusze ludzi od ich początków istnienia. Wydaje mi się bardzo prawdopodobnym, że on gdzieś tam jest i może też pani szuka. Przecież, gdyby ktoś lub coś stwarzało zagrożenie dla duchów, raczej zostawiłoby pani w spokoju, czyż nie?
Spojrzał znów na Yaxley'a, by dostrzec reakcję na swoje słowa. A ten zadawał kluczowe pytania.
— Te potwory... — kobieta ukryła twarz w dłoniach. — Tak bardzo pragnę zapomnieć ich widoku... One... One chyba potrafiły być niewidzialne... Ale ujawniły się nam... Widzieliśmy je... Paskudne... Te szpony... Nie przypominały żadnego zwierzęcia... Ich ręce dłuższe od całego ciała... Jakby używały ich do poruszania się... a może tylko latały?
— Latały? — Wtrącił się Ururu niezwykle ożywiony. — Wiele z tego, co pani opowiada nie pasuje do mojej teorii, ale... Właśnie pomyślałem o dementorach. Przecież one mogą wyssać duszę z człowieka. Być może to one państwa zaatakowały? A pani po prostu nie zapamiętała dobrze tego, co się wydarzyło? Albo to faktycznie były inne stworzenia, ale w jakiś sposób spokrewnione do dementorów... Czy po prostu z podobną umiejętnością... Ale... Ale wtedy, czemu pani duszy nic się nie stało...
Ururu zamyślił się. Mary wyglądała, jakby obecność Marqueza jeszcze bardziej potęgowała jej rozpacz.
— Myślę, że powinien pan wezwać z Ministerstwa eksperta do spraw duchów. Może kogoś z Departamentu Tajemnic? — Zasugerował niewinnie.