17.09.2023, 17:01 ✶
Wpatrywałem się dłuższą chwilę w Laurenta, nie wierząc w to, co miałem okazję właśnie usłyszeć. Nawet nie miałem pojęcia, w jaki sposób mogłem to skomentować, cóż rzec, w jaki sposób prychnąć czy odchrząknąć by to oddało grozę mojej pustki w głowie oraz zawodu, który serwował mi w tej chwili Lorek. Nie, nie Lorek. LAURENT, bo to był mój syn, aczkolwiek jakiś uderzony w głowę ciężkim przedmiotem. A może ktoś rzucił na niego klątwę? Może tracił rozum? To, że oddał sprawę aurorom, nie oznaczało, że ona znikała. Miała to się stać dopiero w momencie, kiedy złapią mordercę. Jego życiu wciąż zagrażał jakiś typ spod ciemnej gwiazdy, któremu życie było niemiłe.
- Laurent, na pocałunek dementora... Ostatecznie żeś rozumy postradał! - uniosłem się po chwili, choć chciałem brzmieć pewnie siebie i nieprzejednanie, to przez mój głos przemawiało załamanie. Po prostu nie wierzyłem. - Kiedy mówiłem o działaniu, miałem na myśli sprawę seryjnego mordercy, który czyha na twoje życie. Napierw to, a dopiero potem inne sprawy - pragnąłem mu to jakoś przetłumaczyć delikatnie by się dzieciak kompletnie nie rozsypał, ale ewidentnie nie był w pełni sił psychicznych, skoro w takich momentach przejmował się Kniejami Godryka, a nie swoim życiem.
Wstałem tylko po to, by podejśc tych kilka kroków w kierunku Laurenta i przysiąść obok niego na oparciu. Niezbyt elegancko, ale w mojej wersji jak najbardziej elegancko i z klasą. Nawet poprawiłem mankiety koszuli, a co!
- Synu, skup się. Możemy zawrzeć umowę, negocjować - zaproponowałem, choć w normalnych warunkach bym go przeklął, że do niczego nie jestem zobowiązany i że może sobie iść z zachciewajkami w czorty, jeśli uważa, że może mi tu rozkazywać, aczkolwiek brałem poprawkę na stan psychiczny Lorka. Wariował jak nic. Ja to może napiszę list też do tego wariata Blacka, co się się para magipsychologią. Może coś na to poradzi.
- Wpierw opowiesz mi o tym mordercy, wszystko co wiesz i zaangażujesz się w tę sprawę całym swoim sercem... W zamian ja obiecuję tobie, że równie mocno zaangażuję się w sprawę z Knieją Godryka, co ty na to? - zapytałem delikatnie, obserwując tego mojego syna. Patrzyłem na jego uszy, czy mu jakieś bąble mydlane nimi nie uchodzą, ale wyglądał normalnie. Może trochę bardziej przerażony był i jeszcze bardziej wycofany niż zwykle. - Tylko się zastanów, zanim odpowiesz - poprosiłem, bo nie ręczyłem za siebie w kolejnych krokach. Zapewne Zgrzebek znalazłby gdzieś na stanie kaftan dla wariatów.
- Laurent, na pocałunek dementora... Ostatecznie żeś rozumy postradał! - uniosłem się po chwili, choć chciałem brzmieć pewnie siebie i nieprzejednanie, to przez mój głos przemawiało załamanie. Po prostu nie wierzyłem. - Kiedy mówiłem o działaniu, miałem na myśli sprawę seryjnego mordercy, który czyha na twoje życie. Napierw to, a dopiero potem inne sprawy - pragnąłem mu to jakoś przetłumaczyć delikatnie by się dzieciak kompletnie nie rozsypał, ale ewidentnie nie był w pełni sił psychicznych, skoro w takich momentach przejmował się Kniejami Godryka, a nie swoim życiem.
Wstałem tylko po to, by podejśc tych kilka kroków w kierunku Laurenta i przysiąść obok niego na oparciu. Niezbyt elegancko, ale w mojej wersji jak najbardziej elegancko i z klasą. Nawet poprawiłem mankiety koszuli, a co!
- Synu, skup się. Możemy zawrzeć umowę, negocjować - zaproponowałem, choć w normalnych warunkach bym go przeklął, że do niczego nie jestem zobowiązany i że może sobie iść z zachciewajkami w czorty, jeśli uważa, że może mi tu rozkazywać, aczkolwiek brałem poprawkę na stan psychiczny Lorka. Wariował jak nic. Ja to może napiszę list też do tego wariata Blacka, co się się para magipsychologią. Może coś na to poradzi.
- Wpierw opowiesz mi o tym mordercy, wszystko co wiesz i zaangażujesz się w tę sprawę całym swoim sercem... W zamian ja obiecuję tobie, że równie mocno zaangażuję się w sprawę z Knieją Godryka, co ty na to? - zapytałem delikatnie, obserwując tego mojego syna. Patrzyłem na jego uszy, czy mu jakieś bąble mydlane nimi nie uchodzą, ale wyglądał normalnie. Może trochę bardziej przerażony był i jeszcze bardziej wycofany niż zwykle. - Tylko się zastanów, zanim odpowiesz - poprosiłem, bo nie ręczyłem za siebie w kolejnych krokach. Zapewne Zgrzebek znalazłby gdzieś na stanie kaftan dla wariatów.